Oto rozmowa z Agatą Piasecką, młodą graficzką-freelancerką, która od lutego 2017 roku prowadzi własną firmę, w ramach której wykonuje różne usługi graficzne – przede wszystkim projektuje strony internetowe, tworzy reklamowe filmy animowane, a także projektuje zaproszenia ślubne.

Agata opowiedziała nam, jak to się stało, że otworzyła własny biznes, jak sobie radzi jako freelancerka, a także dzieli się doświadczeniami, które z pewnością przydadzą się wszystkim młodym ludziom, którzy myślą otwarciu własnej firmy. Zapraszamy do przeczytania rozmowy!

Na wstępie powiedz, proszę, jaki dokładnie jest profil Twojej działalności i jak się ma do Twojego wykształcenia?

Skończyłam architekturę i urbanistykę na Politechnice Śląskiej oraz sztukę nowych mediów na Polsko-Japońskiej Akademii Technik Komputerowych. Prowadzę firmę graficzną, więc jak najbardziej wykorzystuję wiedzę ze studiów w swojej działalności.

Generalnie mam dość szerokie spektrum działania, też ze względu na to, że dzięki swojemu wykształceniu szybko uczę się nowych rzeczy związanych z tematyka mediów i grafiki. Jako Isiart.pl zajmuję się tworzeniem grafik i ilustracji, budowaniem w miarę prostych stron internetowych, a także robię filmy animowane – szkoleniowe, krótkie reklamy itd. Natomiast jako Chajtnięci.pl projektuję zaproszenia ślubne i towarzyszące im strony internetowe.

Dobrze nam się wydaje, że możemy Cię nazwać freelancerką?

Tak, jestem freelancerką multitask, czyli wielozadaniowym wolnym strzelcem. Wykonuję bardzo różnorodne zlecenia od klientów indywidualnych oraz firm.

Skąd pomysł na to, żeby założyć własną firmę? Jak to się stało?

Powiem tak: to była w gruncie rzeczy bardzo impulsywna akcja 🙂 . Pracowałam w firmie, w której praca kosztowała mnie bardzo dużo stresu i w pewnym momencie przestałam sobie z tym radzić. Akurat wtedy udało mi się, poza zadaniami wykonywanymi u mojego pracodawcy, dostać prywatnie od klienta własne spore zlecenie na film szkoleniowy. Więc podpisałam umowę z klientem i jednocześnie odeszłam z firmy. U podstaw mojej decyzji leżało przede wszystkim to, że chciałam uwolnić się od ogromnego stresu.

Gdy zrobiłam zlecenie, to podliczyłam swój budżet. Przez ostatni miesiąc w firmie zrobiłam tyle nadgodzin, że dostałam dwie pensje, dostałam też sporo pieniędzy ze zlecenia, i w efekcie stwierdziłam, że jedyne, na co mam ochotę, to wakacje. I poszłam do urzędu pracy, żeby zarejestrować się jako bezrobotna…

O proszę! Tak po prostu stwierdziłaś, że pójdziesz do urzędu pracy? Nie miałaś oporów?

Nie miałam oporów. To było dla mnie najlepsze wyjście. Poszłam więc do tego urzędu i wyznaczyli mi rozmowę z konsultantem. Byłam nią „wielce zainteresowana”, wiedząc, że nie idę tam szukać pracy, bo sama sobie potrafiłabym coś znaleźć, ale na razie nie chce mi się szukać. Chcę odpocząć. Podczas spotkania z panią konsultantką miło rozmawiałyśmy o różnych zawodowych rzeczach, aż nagle ta pani mi mówi, że właśnie za 3 dni otwierają nabór wniosków o dotację na założenie firmy z POWER[i] i że to jest właśnie dla takich ludzi jak ja, którzy wiedzą, co chcą robić w życiu. No ja nie do końca wtedy czułam, że wiem, co chcę robić w życiu, ale pani uznała, że wiem, że jestem odpowiednio wykształcona i że jestem idealną kandydatką do założenia własnej firmy. Dała mi wniosek i zaprosiła z powrotem po jego wypełnieniu. Więc ja posłusznie wróciłam do domu i razem z tatą, który umie dobrze i przekonywająco pisać, usiedliśmy i w jeden wieczór wypełniliśmy 20 stron wniosku. Dołączyłam do niego też różne referencje potwierdzające, gdzie pracowałam i co umiem.

A no właśnie, bo, składając wniosek o dotację na założenie firmy do PUP, trzeba wykazać, że się ma doświadczenie w tej dziedzinie, w której chce się rozpocząć działalność, tak?

Tak. Ja miałam odpowiednie dyplomy, świadectwa, referencje, i to wszystko dołączyłam do wniosku. Ogólnie, szczerze powiem, zbyt dużo nad tym nie siedziałam. Bardziej na zasadzie „co mi szkodzi, raz kozie śmierć”. Złożyłam ten wniosek, oczywiście mi go 3 razy cofnęli, bo czegoś brakowało, np. opinii od psychologa i doradcy biznesowego, ale dostawałam jasne informacje, co mam jeszcze u kogo załatwić, więc szybko wszystko uzupełniałam. Szczególnie pomagała mi ta pani konsultantka od aktywizacji zawodowej, z którą spotkałam się na samym początku. Naprawdę zależało jej, żeby mój wniosek został przyjęty. W końcu więc złożyłam wniosek, ale generalnie miałam w głowie myśl, że mam wreszcie upragnione „wakacje”…

Wracając jeszcze do samego wniosku – czy coś sprawiło Ci szczególną trudność przy jego wypełnianiu?

Właściwie nie. Wypisywałam szczegółowo, co będę robić, co dokładnie chcę zakupić z dotacji, jak będę z tego korzystać. Troszkę dłużej zajęło mi jedynie zliczanie kwot sprzętu, czyli wypełnianie harmonogramu rzeczowo-finansowego.

Ok, czyli złożyłaś wniosek i co? Czekałaś w napięciu?

Skąd! Jak złożyłam wniosek, to niewiele myśląc spakowałam się i poleciałam do Francji na narty. I jak byłam na nartach, to zadzwoniła do mnie pani z PUP, że mi przyznali dotację i jeśli ją chcę, to muszę już natychmiast przyjeżdżać ze swoimi dwoma żyrantami podpisać umowę. Musiałam się mocno postarać, żeby przekonać panią, żeby pozwoliła mi przyjść dopiero na początku kolejnego tygodnia, ale się udało.

I tak właśnie uzyskałam dotację. Na „wakacjach”, przez przypadek 🙂 . Dostałam prawie całą kwotę, o którą wnioskowałam, ok. 19 tys., za które zakupiłam sprzęt fotograficzny oraz laptop. Potrzebne oprogramowanie graficzne miałam zakupione już wcześniej.

Czyli wszystko pięknie. Dostajesz dotację, rejestrujesz firmę, kupujesz potrzebny sprzęt i co?

I w pierwszym miesiącu zarobiłam piękne okrągłe 0 zł. W drugim miesiącu zarobiłam na ZUS. Na szczęście miałam odłożoną wcześniej taką kwotę pieniędzy, że wiedziałam, że pół roku jestem w stanie się utrzymać i płacić ZUS na firmę, nawet jeśli moja firma nie przyniesie żadnego dochodu. Więc całkiem nieprzemyślane to całe przedsięwzięcie nie było.

No właśnie. A skąd wiedziałaś, co Cię czeka? Z czym będzie wiązało się założenie firmy? Korzystałaś z doświadczeń rodziny albo znajomych?

Raczej nie. Miałam tylko swoje własne doświadczenia z pracy. Zdawałam sobie sprawę, że nie jest łatwo zdobyć zlecenie i pierwszego klienta. A tak naprawdę od razu po rejestracji firmy o żadnym zdobywaniu klienta nie mogło być jeszcze mowy. Musiałam dopiero wszystko przygotować. Firmę musiałam zarejestrować w ciągu miesiąca od otrzymania dotacji, a wcześniej wszystko działo się tak szybko, że nie miałam możliwości przygotować się do działania. Na początku stycznia złożyłam wniosek, a przed końcem miesiąca miałam już pieniądze na koncie. W momencie formalnego rozpoczęcia działalności byłam w trakcie budowania strony internetowej, w trakcie przygotowywania wszystkich materiałów reklamowych, więc przez pierwszy miesiąc nie miałam szans niczego zacząć w sensie wykonywania usług. Potrzebowałam de facto prawie dwóch miesięcy, żeby to wszystko zaczęło mi jakoś funkcjonować i żebym była gotowa do świadczenia usług.

Nie bałaś się, że ryzykujesz?

Nie, ryzyko było niewielkie. W mojej branży jest spora szansa, żeby zostać po prostu kontraktorem. Ja z tego nie skorzystałam, ale w razie czego zawsze można pójść do firmy na normalny „etat” i wystawiać tej firmie faktury. A więc w najgorszym wypadku tak bym właśnie zaczęła pracować, gdyby mi nie wyszło samodzielne zdobywanie zleceń. To była w miarę komfortowa sytuacja.

Zobowiązana jesteś do prowadzenia firmy przez rok od otrzymania dotacji, zgadza się?

Tak. I w żadnym wypadku nie zamierzam jej zamykać po roku.

To bardzo dobra wiadomość 🙂 . Czyli nie bałaś się, niewiele ryzykowałaś. A skąd miałaś takie podstawowe informacje o tym, jak się prowadzi firmę, jeśli nie od rodziny albo znajomych. Nie mów, że z lekcji przedsiębiorczości?

Od pani z PUP. Pani była bardzo fajna i naprawdę bardzo mi pomogła. Przekazała mi podstawowe informacje na temat tego, jakie formalności i obowiązki wiążą się z prowadzeniem firmy.

W tej chwili prowadzisz firmę już prawie rok i, jak sama powiedziałaś, nie zamierzasz jej zamykać. To powiedz, jakie widzisz największe zalety posiadania własnej firmy.

Przede wszystkim ja jestem typem pracującym w nocy. I podstawową zaletą dla mnie jest to, że mogę pracować w godzinach, które mi odpowiadają. Pracując na etacie, do 13 nie byłam w stanie nic zrobić. Przychodziłam punktualnie, ale pół dnia nie mogłam się na niczym skupić, a potem robiłam nadgodziny, mnóstwo nadgodzin, bo dopiero wtedy dobrze mi się pracowało. W tej chwili, pracując samodzielnie, nie mam tego stresu. Pracuję w godzinach, w który mogę pracować najbardziej efektywnie. A w godzinach przedpołudniowych zajmuję się innymi rzeczami.

Kolejna rzecz jest taka, że nie mam nad sobą 5 szefów i pośredników. Sama jestem sobie szefem. Gdy pracowałam jako grafik, to informacja szła od kogoś w firmie-kliencie, do handlowca w tamtej firmie, do handlowca w mojej firmie i przetworzona 3 razy trafiała do mnie. W takim łańcuchu kompletnie nie mogłam się skomunikować, czego tak naprawdę ktoś ode mnie oczekuje. W taj chwili, pracując we własnej firmie, mam bezpośredni kontakt z klientem, a on ze mną – z wykonawcą, z osobą, która się zna, a nie z pośrednikiem. Ja dokładnie wiem, czego ode mnie oczekuje klient, i mogę mu łatwo przekazać, czego ja potrzebuję od niego. Nie muszę podwójnie tłumaczyć, czemu coś nie może zostać zrobione w dany sposób albo jak byłoby lepiej. Jest bardzo wiele sytuacji, kiedy klient wymyśla sobie, co by chciał dostać, ale istnieje znacznie lepsze rozwiązanie i ja je znam. W tym momencie w dużych firmach osobie na stanowisku grafika bardzo ciężko jest przekazać klientowi, jakie będzie lepsze rozwiązanie. Więc grafik po prostu wykonuje koncepcję, która mogłaby zostać ulepszona, ale nie chce mu się prowadzić rozmów z klientem na zasadzie łańcuszka i głuchego telefonu, bo szkoda mu na to energii.

No właśnie, czyli taki tryb pracy – jako freelancer – jest fajny i korzystny dla osób takich jak Ty, które bezpośrednio wykonują określone zlecenia dla klientów?

Zdecydowanie. Jest bardzo duża różnica w jakości usług, które oddaję. W dużej firmie mam ograniczone możliwości. Zobaczmy to na takim przykładzie. Klient ma określoną pulę pieniędzy. Szuka wykonawcy. Może zwrócić się do freelancera, który ma 3 dobre opinie na Facebooku albo do dużej firmy, która ma 300 pozytywnych opinii. Jeśli zwróci się do firmy, dostanie usługę, która przeszła od handlowca do grafika, któremu to grafikowi może nie chcieć się przebijać przez pośredników w kontakcie z klientem. Oczywiście ostatecznie klient będzie pewnie zadowolony z efektu końcowego, bo dostanie to, co chciał. Będzie miał jednak bardzo niewielkie szanse, że ktoś będzie mu próbował podpowiedzieć jeszcze lepsze rozwiązanie. Na marginesie można dodać, że choć cena całej usługi jest w takiej firmie wysoka, to grafik tam weźmie mniej za godzinę niż ja (wykonując usługę w podobnej cenie), bo ta pula pieniędzy musi opłacić szereg pośredników i innych pracowników firmy. A co się dzieje, gdy klient wybiera freelancera, czyli mnie? Ma bezpośredni kontakt z wykonawcą, określamy wszystkie zasady współpracy, klient opisuje zamówienie, a ja zawsze staram się podać lepsze rozwiązania, jeśli takie istnieją. Bo w tym momencie reklamuję już swoje nazwisko, swoją markę, a nie czyjąś firmę. I dlatego właśnie staram się oddawać produkty jak najwyższej jakości. Bo ja się pod nimi podpisuję.

Wspomniałaś jeszcze o dodatkowej korzyści – że w momencie, gdy masz jednoosobową firmę, cena za usługę, jaką podajesz, jest kwotą, która w znaczącej większości trafia do Ciebie bezpośrednio. Czy ceny Twoich usług są konkurencyjne wobec usług firm?

Moje ceny są konkurencyjne, aczkolwiek nie dużo niższe. Mam już doświadczenie, a w firmie jestem i handlowcem, i grafikiem, i sekretarką, i księgową, i wszystkim innym. Wykonuję pracę tych wszystkich osób, więc moja usługa nie będzie dużo tańsza. Dodatkowo cenne dla klienta jest to, że wie, że dostanie usługę wykonaną przeze mnie, a nie przez jednego z zespołu 100 grafików, gdzie maszyna losująca może przydzielić zlecenie równie dobrze komuś doświadczonemu, jak i studentowi II roku grafiki, który nie zna jeszcze zasad kompozycji. I klient będzie musiał zużyć o wiele więcej czasu i energii, żeby uzyskać od niego to, co chce. A więc bezpośredni kontakt z doświadczonym wykonawcą też ma swoją cenę.

Wróćmy do zalet prowadzenia własnej firmy. Na razie wymieniłaś: pracę w godzinach, które Ci najbardziej odpowiadają i w których jesteś najbardziej efektywna oraz bezpośredni kontakt z klientem, który sprzyja wysokiej jakości usług oraz większej satysfakcji z wykonywanych zleceń. Czy do zalet możemy dodać też korzystniejsze zarobki?

To znaczy tak: zarobki mogą być, będą korzystniejsze. Ale na razie jeszcze nie są. Póki co zarabiam mniej niż w firmie, w które pracowałam, bo mam cały czas niewystarczającą liczbę zleceń, ale ona ciągle się powiększa i mam jak najbardziej pozytywne widoki na przyszłość.

Chciałabym jeszcze wrócić do tych godzin pracy. Bardzo dużą zaletą jest to, że sama sobie planuję dzień. Jestem w stanie w południe wyjść na łyżwy, po południu popracować, potem jeszcze pójść na spotkanie ze znajomymi, a wieczorem wrócić i skończyć zlecenie. Dzięki temu, że tak pracuję, byłam na przykład w stanie zrobić sobie prawo jazdy na motocykl, bo mogłam w ciągu dnia pójść na 2h jazd, potem 2h popracować, potem znowu zrobić 2h jazd i wrócić do domu znowu popracować. Jednak w żadnym wypadku nie jest tak, że mam zupełną wolność. Czasem kończę pracę o szóstej rano, bo jest termin, są poprawki, coś weszło na wczoraj i siedzę do rana, bo to musi zostać zrealizowane, a nie mam na kogo tego zrzucić.

A no właśnie. To może powiedz teraz o takich „ciemnych stronach”, sprawach, które ewentualnie mogą być jakimś problemem albo wiążą się z wyrzeczeniem z Twojej strony.

Między innymi właśnie to, że jeden tydzień mogę nie mieć zleceń, siedzieć i czytać książki – oczywiście w cudzysłowie, bo jest praca reklamowa, rozsyłanie ofert i inne działania marketingowe i reklamowe w celu zdobycia zleceń – a w następnym tygodniu siedzę dzień w dzień do późnej nocy i nie wyrabiam się pracą, której przecież nikt nie zrobi za mnie, z nikim się nią nie podzielę.

A jak nie zrobisz to co?

A jak nie zrobię, to mi zlecenie przepadnie, to klient odjedzie – jest bardzo dużo negatywnych konsekwencji. Jak się zobowiążę, to muszę to zrobić i tyle. Wolę być polecana niż…

Odradzana?

Nie, nikt raczej nie odradza, po prostu nikt nie wspomina, a najcenniejsi klienci są z polecenia.

A kim są Twoi klienci? Jak ich zdobywasz?

Pracuję głównie dla firm. I, jak już mówiłam, najlepsi klienci są z polecenia, nawet tacy jednorazowi, bo od kogoś wcześniejszego wiedzą, czego się po mnie spodziewać, i nie ma z nimi problemu.

Czyli to jest korzystne dla dwóch stron? Zarówno oni nie mają problemu z Tobą, bo wiedzą, że jesteś polecona, sprawdzona, jaki i Ty nie masz problemu z nimi, bo też pochodzą od kogoś, kogo znasz i z kim Ci się dobrze współpracowało.

Tak jest. Oczywiście i tak wezmę od nich zaliczkę, a jakość usługi będzie taka sama dla jednych i dla drugich, ale na tych, którzy nie są z polecenia, trzeba czasem poświęcić dużo więcej czasu, żeby zlecenie dostać. Przeprowadzić znacznie więcej rozmów, wytłumaczyć, co jak działa itd. Natomiast gdy przychodzą klienci z polecenia, to wiedzą, że ich nie oszukam, i zazwyczaj wiedzą, jak pracuję, więc w zasadzie omijamy długi etap rozmów, jak co działa, jak to będzie wyglądać, jak będzie wyglądać współpraca, a umowa, a pięć umów, a zapisy w umowie itd. Spisujemy najprostszą umowę, w której zwieramy najważniejsze informacje o terminach, liczbie poprawek, i przechodzimy do zlecenia. 

A oprócz konieczności samodzielnego zdobywania klientów, jakie pojawiają się problemy czy też ryzyka przy prowadzeniu firmy?

Problemem jest co miesiąc nieubłagane 500 zł ZUS-u. Bo niezależnie, czy się zarobi, czy nie, i tak trzeba to zapłacić. I to jest ryzyko, które każdy musi podjąć.

Druga sprawa – umówmy się – w pierwszym roku kokosów się nie zarobi, ani żadnego spektakularnego efektu nie będzie. Pierwszy rok jest w zasadzie na zaistnienie marki, pokazanie siebie. Więc przede wszystkim trzeba się przygotować na to, że w tym czasie nie jest łatwo. Nie ma się dużo czasu na znajomych, czasem trzeba posiedzieć do nocy, żeby skończyć zlecenie albo zrobić kampanię na FB, a wcześniej żeby skończyć szkolenie z prowadzenia kampanii na FB, albo żeby nauczyć się obsługiwać Instagrama, którego ja na przykład nie znoszę, a musiałam się nauczyć jego obsługi – w mojej branży to konieczne.

Czyli trzeba poświęcić dużo czasu na wszystkie zajęcia, które nie są związane z wykonywaniem zleceń, a ze zdobyciem ich?

Dokładnie tak. Żeby dostać zlecenie trzeba nie tylko poświęcić mnóstwo czasu, ale też wydać pieniądze.

A skąd mieć pieniądze w takim razie?

Z oszczędności, z dobrego gospodarowania.

Jakie jeszcze masz przemyślenia, którymi chciałabyś podzielić się z tymi, którzy myślą o założeniu własnej firmy?

Że ciężko się porywać z motyką na słońce, czyli nie mając żadnego doświadczenia w pracy gdziekolwiek indziej, otwierać firmę. Bo najpierw trzeba zobaczyć, jak to robią inni, żeby zacząć to samemu robić. Przynajmniej takie jest moje zdanie. Ja pracowałam w 5 firmach graficznych, w każdej firmie inaczej to wyglądało, innymi rzeczami się zajmowałam. Dzięki temu mniej więcej mam ogląd sytuacji, jak się działa w mojej branży. Zwłaszcza dotyczy to obsługi klienta. Zdobywanie i obsługa klienta to ogromnie ważna część pracy freelancera. Bardzo ciężko by mi było zacząć, gdybym z pracy w firmach nie wiedziała od podszewki, jak inni się tym zajmują. Trzeba bardzo uważnie patrzeć, czytać maile od handlowców, w jaki sposób zwracają się do klienta, w jaki sposób jest w ogóle on obsługiwany. Dopiero potem można się zastanawiać, że może ja też mogę coś takiego zrealizować. Szczerze powiem, że bez takiego doświadczenia, jakie mam, chyba nie wykonałabym dobrze żadnego zlecenia. Ciągle wykorzystuję to dobre, czego nauczyłam się podczas pracy na etacie.

To bardzo ważne, co mówisz, że trudno brać się za zakładanie własnego biznesu, jeśli nie ma się żadnego doświadczenia w pracy…

I nie wie się dokładnie, co się chce robić w życiu. Bo, przede wszystkim, osoba, która świeżo wchodzi na rynek pracy, nie wie jeszcze dokładnie, czego chce. To normalne. Studia nie uczą pracy. Muszę zobaczyć najpierw, co mogę robić, sprawdzić różne możliwości, żeby, zakładając firmę, wiedzieć, z czego rezygnuję, a co się wybieram.

Czy masz jakieś kontakty z innymi przedsiębiorcami, freelancerami? Wymieniacie się doświadczeniami, jak to się robi, jak sobie radzić?

Uczestniczę w grupach na Facebooku, np. Hakerki sukcesu, Jestem interaktywna, Biznes, blogowanie i marketing. Jest kilka takich fajnych grup, w których działam, i w których bardzo dobrze są prowadzone szkolenia z marketingu, z prowadzenia firmy itd. Bardzo dużo słucham takiego kanału z wywiadami „Mała wielka firma”, sporo się z niego nauczyłam. Warto korzystać z materiałów, które są powszechnie dostępne. Żałuję, że ja do tych materiałów dotarłam kilka miesięcy po założeniu firmy, a nie przed otworzeniem, bo teraz jestem znacznie bogatsza o wiedzę, która przydałaby się już od początku.

Czyli cały czas dokształcasz się i dowiadujesz nowych rzeczy na temat prowadzenia firmy. Jakie masz jeszcze na to sposoby?

Przede wszystkim trzeba dużo rozmawiać na ten temat. Ja głównie rozmawiam przez internet. Raz byłam na śniadaniu biznesowym. Zaprosił mnie kolega, który działa w takiej grupie biznesowej. Zaczynało się o 6 rano, w pierwszej części każdy prezentował siebie i swoją firmę i miał na to określony czas, a w drugiej, śniadaniowej, był networking, czyli rozmowy z osobami, które mnie zainteresowały i których ja zainteresowałam, i wymienianie się wizytówkami.

Tylko raz brałaś udział w czymś takim? Co myślisz o tego rodzaju spotkaniach z przedsiębiorcami?

Byłam tylko raz. Do tej grupy, w której spotkaniu uczestniczyłam, jest bardzo ciężko wstąpić na stałe. Jest bardzo sformalizowana, trzeba zapłacić wpisowe i składkę roczną, które nie są niskie, i nie stać mniej w tej chwili, żeby wydać na to kilka tysięcy. Ale ogólnie takie idee, moim zdaniem, są super. I bardzo brakuje tego typu inicjatyw stworzonych typowo dla młodych przedsiębiorców. Nie tak formalnych i kosztownych. Można by było organizować takie śniadania w jakimś przyjaznym lokalu, w cenie np. 40 zł za wejście, żeby opłacić catering, i w czasie tych śniadań odbywałyby się krótkie prezentacje i przede wszystkim networking.

Co możesz zyskać na takim spotkaniu networkingowym?

Kontakty, wiedzę, jak ktoś prowadzi firmę, mogę porozmawiać z ludźmi z innych branż. Najważniejsze jest to, że można powymieniać się informacjami i doświadczeniami. Ty możesz opowiedzieć, jak coś u ciebie działa, możesz komuś doradzić, ktoś może tobie doradzić, jak coś zrobić lepiej itd.

Rozumiemy, że w związku z tym, że trudno jest o spotkania dla młodych osób, które nie chcą płacić paru tysięcy i być w elitarnej grupie, tylko po prostu chcą spotkać się z innymi przedsiębiorcami, Ty przenosisz się do internetu?

Tak, tak jak mówiłam, jestem w kilku grupach na Facebooku. Ale brakuje takich kontaktów międzyludzkich. Ja pracuję w domu. W związku z firmą wychodzę tylko do klientów. Brakuje mi bezpośrednich spotkań z innymi freelancerami czy przedsiębiorcami, żeby się z kimś po prostu zobaczyć, pogadać itd. Mam znajomych oczywiście, ale bezpośrednie kontakty biznesowe też są bardzo ważne.

Jak podsumowujesz działanie swojej firmy po roku?

Mam pieniądze, mam stałego klienta, jestem polecana, rozwijam się – oby tak dalej 🙂 .

Na koniec chciałabym zapytać, jaką masz radę dla młodych osób, które myślą o założeniu firmy?

Przede wszystkim – jeśli już podejmą decyzję, będą wiedzieć, że mają jakieś doświadczenie, że są dobrzy w tym, co robią – żeby się nie poddawali. Bo pierwszy rok–dwa będą być może bardzo ciężkie. Muszą się przygotować na to, że nie będą mieli nagle ekstra funduszy – ale takie jest życie. Kwestia wyboru i kwestia tego, czy potrafią zagryźć zęby, żeby zrealizować swoje zamierzenia. W końcu i fundusze zaczną się gromadzić.

No właśnie, jakie cechy trzeba mieć, żeby sobie poradzić jako młody przedsiębiorca?

Determinację. Samozaparcie. Potrafić wstać jak się dziesięć razy albo dwadzieścia razy upadnie. Przede wszystkim – bo nie ma efektów bez porażek. Duża większość firm, które powstaje, jest zamykana w ciągu pierwszego roku. A w ciągu pierwszego roku dostaje się najwięcej kopniaków. Więc, aby poprowadzić z sukcesem firmę, trzeba podnosić się po tych wszystkich kopniakach i mówić sobie: „nie, ja się nie poddam”. Ale też trzeba wiedzieć, że jak całkiem nie wyszło, to żeby się z tego wycofać i nie marnować na to więcej pieniędzy. Jednocześnie jednak pamiętając, że porażka to też jest nauka, a nie oznaka, że już mi się w życiu nic nie uda.

 

[i] Program Operacyjny Wiedza Edukacja Rozwój – program realizowanych w ramach funduszy europejskich, z którego środki są przeznaczone między innymi na aktywizację osób młodych.

Bez kategorii

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>