Zakończenie testowania innowacji społecznej „Lokalne Ośrodki Wspierania Przedsiębiorczości”

Dzisiaj zakończyliśmy testowanie innowacji społecznej „Lokalne Ośrodki Wspierania Przedsiębiorczości” realizowane w ramach projektu grantowego ”Akcja Inkubacja”.

W ciągu zaledwie 6 miesięcy udało nam się przygotować wstępną wersję rozwiązania modelowego, wdrożyć ją testowo w Siemianowicach Śląskich, ocenić jej przydatność i skuteczność oraz przygotować ostateczną wersję Modelu Lokalnego Ośrodka Wspierania Przedsiębiorczości.

Osiągnęliśmy wszystkie zaplanowane efekty i rezultaty testowania. Było to możliwe tylko dzięki dużemu wsparciu, z jakim innowacja spotkała się w Siemianowicach Śląskich oraz zainteresowaniu, jakie okazali jej przedstawiciele instytucji rynku pracy z innych powiatów województwa śląskiego (a także z innych województw).

Ośrodek „Smaki Biznesu” powstał na terenie Zespołu Szkół Ogólnokształcących i Zawodowych w Siemianowicach Śląskich. Serdecznie dziękujemy dyrekcji i gronu pedagogicznemu tej placówki za życzliwość, pomoc i wyrozumiałość okazaną nam podczas testowania. Dziękujemy również za współpracę i umożliwienie przeprowadzenia sesji warsztatowych Zespołowi Szkół Technicznych i Ogólnokształcących Meritum w Siemianowicach Śląskich.

Bardzo pomocne było wsparcie, jakiego udzielił nam Powiatowy Urząd Pracy w Siemianowicach Śląskich. Szczególnie ciepłe podziękowania za osobiste zaangażowanie kierujemy do Pani Dyrektor Hanny Becker.

Było nam bardzo miło poznać w trakcie testowania młodych siemianowickich przedsiębiorców, którzy przedstawili swoje doświadczenia z zakładania i prowadzenia firmy oraz zapoznali się z ofertą Ośrodka.

Przygotowanie ostatecznej wersji Modelu Lokalnego Ośrodka Wspierania Przedsiębiorczości było możliwe również dzięki udziałowi w weryfikacji przedstawicieli instytucji rynku pracy, które nie uczestniczyły w testowaniu. Serdecznie dziękujemy za wnikliwe zapoznanie się z modelem i sformułowanie cennych uwag przedstawicielom Powiatowego Urzędu Pracy w Tychach oraz agencji zatrudnienia Personalne Doradztwo Biznesowe Małgorzata Jędrzejewska z Gliwic.

Przede wszystkim jednak z wielkim uznaniem chcemy odnieść się do zaangażowania siemianowickiej młodzieży, która bardzo przychylnie przyjęła stronę www.smakibiznesu.pl oraz aktywnie korzystała z oferty Ośrodka. Wasze opinie, podpowiedzi i zgłaszane potrzeby były dla nas niezwykle cenną wskazówką dla przygotowania Modelu Ośrodka Wspierania Przedsiębiorczości. Jako niezwykle fascynujące przeżycie możemy określić spotkania z wami i dyskusje o planach biznesowych oraz budowaniu postawy przedsiębiorczej. Mimo młodego wieku prezentowaliście wiele dojrzałych pomysłów na firmy i na własny rozwój. Cieszymy się, że informacje zawarte na stronie www.smakibiznesu.pl oraz przekazywane przez nas podczas spotkań uznaliście za ważne i pomocne.

Życzymy wam wielu sukcesów w realizacji planów!

Koniec testowania innowacji to bardzo ważny dzień dla naszego zespołu, który mieliście okazję poznać przy różnych okazjach. To jednak nie koniec naszej obecności w Siemianowicach Śląskich i wspierania was w podejmowaniu kolejnych decyzji zawodowych i biznesowych. Fundacja Promocji Inicjatyw Społecznych POLPROM będzie nadal organizować różne wydarzenia kierowane do młodych osób przechodzących z systemu edukacji do zatrudnienia. Nadal będziemy działać w Siemianowicach Śląskich.

Innowacyjny Model Lokalnego Ośrodka Wspierania Przedsiębiorczości spotkał się z dużym zainteresowaniem przedstawicieli instytucji rynku pracy z województwa śląskiego, a także z innych rejonów kraju. Był prezentowany m.in. podczas ogólnopolskiej konferencji „Aktywizacja osób młodych oddalonych od rynku pracy – dobre praktyki i rekomendacje”, która została zorganizowana pod patronatem Minister Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Mamy nadzieję, że oferta „Smaków Biznesu” już niedługo będzie dostępna dla młodzieży również z innych powiatów.

To wszystko jest możliwe dzięki aktywnej postawie siemianowickiej młodzieży oraz wsparciu, którego udzieliły nam lokalne władze i przedstawiciele różnych instytucji. Przede wszystkim jednak testowanie innowacji było możliwe dzięki projektowi grantowemu „Akcja Inkubacja” realizowanemu przez Ecorys Polska Sp. z o.o.

Bardzo dziękujemy! Do zobaczenia podczas kolejnych wydarzeń organizowanych przez Smaki Biznesu 🙂

„Liczę, że będę miała szansę na stworzenie fajnego miejsca pracy” – wywiad z pedagogiem i przyszłą właścicielką żłobka

W ostatnim publikowanym na naszej stronie wywiadzie rozmawiamy z Małgosią, pedagogiem, która ubiega się o dotację na założenie żłobka w ramach państwowego programu „Maluch plus”. Nasza rozmówczyni opowiada, co sprawiło, że porzuciła etatową pracę w przedszkolu i postanowiła wziąć sprawy we własne ręce, oraz dzieli się wieloma cennymi informacjami na temat programu, a także na temat rozpoczynania działalności w tej specyficznej branży.

Na początek powiedz nam, jakie masz wykształcenie i jakie doświadczenia zawodowe zebrałaś do tej pory?

Z wykształcenia jestem pedagogiem – ukończyłam studia pedagogiczne na Wydziale Pedagogicznym Uniwersytetu Warszawskiego. Licencjat robiłam z pedagogiki przedszkolnej i wczesnoszkolnej, a magisterkę z edukacji medialnej. Ale później wyszło tak, że poszłam w kierunku specjalizacji z licencjatu. Właściwie pierwsze moje doświadczenia w tej branży zbierałam jeszcze podczas studiów, kiedy opiekowałam się dziećmi – pomagałam mamie pięciorga dzieci. Głównie opiekowałam się najmłodszym, niemowlakiem, ale też czasami dwulatkiem i czterolatkiem. A później, po skończeniu studiów, zatrudniłam się w żłobku. Po roku pracy w żłobku zaczęłam pracę w przedszkolu i pracowałam tam, a właściwie dwóch przedszkolach, trzy lata.

Co się wydarzyło takiego, że stwierdziłaś, że coś byś zmieniła?

Przede wszystkim postanowiłam zrezygnować z etatu w przedszkolu ze względu na atmosferę w miejscu pracy, która była mocno niesprzyjająca. Żeby uniknąć stresów, postanowiłam stamtąd odejść po prostu. I początkowo miałam taki plan, żeby w ogóle zmienić branżę, bo praca z dziećmi to nie jest łatwy zawód. Poza tym, pracując z dziećmi, pracuje się jednocześnie z rodzicami i z przełożonymi, którzy też są z kolei pod nadzorem różnych instytucji, więc tworzy się taka drabinka, w której jest się na samym dole. Zatem stwierdziłam, że zmienię w ogóle branżę, ale nie wiedziałam, na co.

I jak to się stało, że jednak postanowiłaś zmienić nie branżę, tylko swoją w niej pozycję?

Z pracy odeszłam przed wakacjami zeszłego roku. Później w wakacje miałam na głowie ważne sprawy życiowe, i tak to się rozwiało, przez wakacje nic nie wymyśliłam. A później narodził się pomysł, żeby jednak spróbować sił w tym, co mi znane, czyli opiece nad małymi dziećmi. Myślę, że dużą zasługę w tym miał mój mąż. Twierdził, że skoro mam doświadczenie w tej branży, skoro byłam niezadowolona z tego, jak wyglądała moja współpraca z przełożonymi, to może mogłabym spróbować stworzyć coś własnego, nie być czyimś pracownikiem, tylko sama rządzić sobą… i innymi, wiadomo.

I podchwyciłaś ten pomysł?

Tak. Dodatkowo tak się składa, że mam miejsce, gdzie mogę otworzyć taka działalność. Jak ten pomysł padł, to sobie przypomniałam, że ileś lat temu moi rodzice właśnie chcieli otworzyć jakiś punkt przedszkolny albo punkt opieki nad dziećmi tam, gdzie mieszkaliśmy, w naszym rodzinnym domu. Rozmyślili się jednak, bo wymogi były bardzo restrykcyjne. Teraz, gdy się pojawił ten pomysł, przypomniało mi się, że taki plan był i że rzeczywiście są warunki, bo obecnie w tym domu mieszka tylko moja mama, ona zajmuje piętro, a parter jest praktycznie pusty. Więc można znaleźć sposób na wykorzystanie tego miejsca. Ostatecznie więc pomyślałam sobie, że może to wcale nie jest takie głupie. Że spróbuję. I wtedy też zaczęłam szukać w Internecie informacji, jak w ogóle założyć żłobek. Bo uznałam, że lepiej będzie spróbować ze żłobkiem, bo po pierwsze przedszkoli jest dużo, a po drugie dużo większe są wymagania – po pierwsze co do warunków lokalowych, a po drugie później trzeba współpracować z kuratorium, rozliczać się z realizacji podstawy programowej, jest dużo więcej dokumentacji – generalnie to dużo poważniejsza sprawa. Zresztą, żeby być dyrektorem przedszkola, trzeba mieć studia z zarządzania w oświacie, to by też zajęło trochę czasu. Więc stwierdziłam, że żłobek będzie lepszy, przynajmniej na początek.

Jaki był kolejny krok? W jaki sposób zaczęłaś się przygotowywać do zrealizowania tego pomysłu?

Czytałam w internecie o doświadczeniach różnych ludzi, którzy taką właśnie działalność otwierali. Zapoznałam się też z przepisami, żeby wiedzieć, jak to wygląda od strony prawnej. Dowiedziałam się, że od jakiegoś czasu przepisy z wymogami względem żłobków zostały zdecydowanie złagodzone, na przykład te mówiące o tym, jak ma wyglądać lokal przeznaczony na żłobek. Stało się tak między innymi ze względu na to, że bardzo brakuje takich placówek. W związku z tym rząd podejmuje działania, które mają ułatwić otwieranie tych placówek, zarówno jeśli chodzi o przepisy, ale też takie mające na celu dofinansowanie ich otwarcia.

No właśnie, dochodzimy teraz do momentu, w którym jesteś nastawiona na to, że otwierasz własną działalność „żłobkową”, masz nawet własny lokal, ale to nie oznacza, że nie potrzebujesz do tego pieniędzy. Jaki miałaś na to pomysł? Czy myślałaś, że jakoś to będzie, ze swoich źródeł pozbierasz potrzebne fundusze, czy pomyślałaś, że musisz znaleźć jakiś konkretny zastrzyk finansowy, na przykład dofinansowanie czy dotację?

Na pewno po tym, jak się zapoznałam ze wszystkimi informacjami na temat tego, co trzeba spełnić, żeby otworzyć żłobek, oraz wiedząc z własnego doświadczenia, co trzeba zrobić czy kupić, żeby go urządzić, wiedziałam, że nie ma szans, by sfinansować to z własnej kieszeni. Więc zaczęłam interesować się dofinansowaniami, poszukując informacji w internecie oczywiście. W ten sposób natrafiłam na ogłoszenie o szkoleniu, które ogólnie dotyczyło otwierania takich placówek jak przedszkole czy żłobek, ale również dofinansowań i dotacji – unijnych i nie tylko. Więc poszłam na takie szkolenie i dowiedziałam się tam o programie, w którym wzięłam udział, czyli programie Maluch plus. To było właściwie jedyne źródło finansowania, z którego mogłam skorzystać, bo z unijnych dotacji nic na ten cel nie było.

Opowiedz coś więcej o programie Maluch plus. Na czym polega, kto go realizuje, kto może wziąć w nim udział, w jaki sposób?

Program nazywa się Maluch plus edycja 2018 – to jest już kolejna edycja tego programu, rozpoczął się chyba w 2011 roku. Właśnie w 2011 roku zostały zmienione przepisy, tak żeby ułatwić otwieranie żłobków i przedszkoli. Program jest realizowany przez Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, a pieniądze pochodzą z budżetu państwa i z Funduszu Pracy. Łącznie to chyba 450 mln zł przeznaczonych na dotacje w 2018 roku. Jest to wsparcie przeznaczone wyłącznie na otwieranie żłobków. Ze specjalnym uwzględnieniem tych miejsc, gmin, gdzie żłobków po prostu nie ma. W konkursie mogą brać udział gminy (i maja one pierwszeństwo w otrzymaniu dotacji), ale mogą też brać udział osoby fizyczne oraz instytucje – takie jak np. uczelnie. Nie firmy i nie spółki. 

Na czym konkretnie polega wsparcie oferowane w tym programie?

Biorąc udział w programie, można otrzymać dotację na otwarcie żłobka, której wysokość obliczana jest na podstawie liczby dzieci, czyli liczby miejsc, jakie się ma stworzyć w swojej placówce. Na jedno dziecko, czyli jedno miejsce, można otrzymać dofinansowanie do wysokości 10 tysięcy złotych. Czyli jak się tworzy żłobek na powiedzmy piętnastkę dzieci, to można otrzymać maksymalnie 150 tysięcy złotych dotacji. Oprócz tego jest też dotacja na funkcjonowanie. Przez rok można otrzymywać co miesiąc jakąś kwotę na funkcjonowanie każdego ze stworzonych miejsc w placówce.

To co trzeba zrobić, żeby otrzymać taką dotację?

Pisze się wniosek, w którym wylicza się, ile pieniędzy się potrzebuje, tworzy się dokładny kosztorys, że na remont tyle, na zakup wyposażenia tyle, na jeszcze inne koszty tyle. Oprócz tego trzeba podać, jakie mniej więcej koszty prognozuje się na bieżące funkcjonowanie, czyli jakie będą koszty zatrudnienia personelu, regularnego wyposażania w przedmioty plastyczne itp., koszty wyżywienia, zajęć dodatkowych. Wylicza się, ile mniej więcej wychodzi na jedno dziecko, i na tej podstawie otrzymuje się jakąś kwotę dofinansowania.

Jakie dokładnie dokumenty musiałaś wypełnić, żeby wziąć udział w konkursie?

Tak jak mówiłam – wniosek, do którego trzeba było załączyć kosztorys. We wniosku opisywałam swoje dane, miejsce funkcjonowania – bo musiałam podać już konkretny adres…

Czyli to jest dla osób, które już wiedzą, gdzie konkretnie będzie ich działalność?

Tak, do wniosku musiałam dołączyć dokument poświadczający, że mam lokal, czyli albo tytuł własności, albo umowę najmu. Bez tego nie ma szans na uzyskanie dotacji, jest to jeden z warunków. Właśnie na podstawie powierzchni lokalu, a dokładnie sali, w której będą dzieci, wylicza się liczbę miejsc w żłobku, a od liczby miejsc zależy wysokość dofinansowania. Ważne jest to, że trzeba się potem rozliczyć z tej liczby miejsc (dzieci) i jeżeli będzie zapełnionych mniej niż 75% zadeklarowanych, to trzeba będzie proporcjonalne zwrócić odpowiednią część dotacji. Więc trzeba przemyśleć, czy warto wnioskować o dotację na pełną liczbę miejsc, czy jednak na trochę mniej, żeby zostawić sobie zapas, że jak nie będzie kompletu dzieci, to nie trzeba będzie niczego oddawać. Ja właśnie tak zrobiłam, że złożyłam wniosek na dziesięć miejsc, mimo że może się u mnie zmieścić trzynaścioro dzieci. Wnioskowałam o maksymalną kwotę na każde z tych dziesięciu miejsc, czyli w sumie o 100 tysięcy złotych. Musiałam też zadeklarować wkład własny – to musi być minimum 25% całości. Poza kosztorysem we wniosku jest też miejsce na opis zadania, w którym krótko napisałam, co planuję zrobić, czyli jakie działania remontowe, jak wyposażyć, co zakupić, jakie koszty dodatkowe przewiduję, jakie koszty zatrudnienia, ewentualnie szkolenia dla mnie i dla pracowników, koszty księgowości, badań lekarskich i wielu mniejszych rzeczy, które też trzeba wziąć pod uwagę.

Jak długo będziesz musiała utrzymać działanie placówki, jeśli dostaniesz dotację?

Przez 5 lat aż. Więc generalnie jest to dość wymagający program, bo nie dość, że trzeba utrzymać te miejsca w odpowiedniej liczbie – 75% zadeklarowanych musi być cały czas zapełnione, to cała placówka musi działać przez 5 lat co najmniej. Dodam jeszcze, że wniosek o dotację na funkcjonowanie można pisać co roku. Teraz gdy pisałam wniosek o dotację na utworzenie żłobka, to zrobiłam to wspólnie na jednym wniosku, ale osoby, które już mają żłobki, również mogą napisać wnioski o dofinansowanie i dostać dopłatę do każdego dziecka.

Kiedy składałaś wniosek?

W listopadzie. Konkurs ogłoszono jakoś pod koniec października i do połowy listopada trzeba było przesłać wnioski. Było mało czasu, więc trzeba było się spiąć. Ale tak wyszło, że parę dni przed ogłoszeniem tego konkursu byłam na tym szkoleniu, więc byłam na bieżąco i już miałam trochę w głowie poukładane.

A oprócz tego szkolenia i swojej wiedzy na temat tego, jak działa taka placówka, to jeszcze skądś czerpałaś informacje?

Przede wszystkim z internetu. No i jeszcze konsultowałam się z urzędem wojewódzkim, który przyjmuje te wnioski. Na stronie, gdzie był ogłoszony konkurs, były też numery telefonu do kontaktu, Więc ktoś, kto nie miał pojęcia, jak to napisać, pierwszy raz na oczy widział taki wniosek i te tabelki i mogło to dla niego wyglądać dość przerażająco na pierwszy rzut oka, mógł zadzwonić i wszystkiego się dowiedzieć. Skorzystałam z tej możliwości i uzyskałam potrzebną pomoc.

Kiedy będą wyniki konkursu? Orientujesz się, z jaką dużą konkurencją się mierzysz?

Wyniki powinny być do końca stycznia. Jeśli chodzi o konkurencję, to mogę tylko wnioskować z poprzednich lat. Pokazują one, że zapotrzebowanie i zainteresowanie konkursem jest duże, bardzo dużo wniosków wpływa i pieniądze są rozdawane do ostatniego grosza. W zeszłym roku więcej było dobrych wniosków niż pieniędzy na to, by każdy mógł dostać tyle o ile wnioskował. W tym roku chyba co najmniej podwoili sumę, z tego powodu właśnie, że ten program cieszył się dużym zainteresowaniem, zostało utworzonych bardzo dużo miejsc w żłobkach, ale także miejsc pracy, bo jednak każda placówka wymaga zatrudnienia co najmniej jednej osoby dodatkowej, a często jest to całkiem duży personel.

A ty jak masz zaplanowaną działalność pod względem zatrudnienia?

Chciałabym zatrudnić dwie osoby do opieki nad dziećmi. Ja bym była osobą, która po pierwsze oczywiście tym wszystkim zarządza, prowadzi dokumentację, rozlicza się, planuje prace placówki, a dodatkowo wchodzi do grupy w momencie, gdy jest taka potrzeba. Bo nawet jeśli się zatrudnię dwie osoby na 8 godzin każdą, to żłobek będzie otwarty dłużej, więc w ciągu dnia będą takie momenty, że będzie tylko jedna osoba i trzeba będzie wejść i jej pomóc. Zdarzają się też, wiadomo, jakieś zwolnienia lekarskie, urlopy i inne sytuacje, gdy musi być ta trzecia osoba. Taki mam plan, jeśli cała grupa się zbierze. Jeśli na początku liczba dzieci będzie mniejsza, to myślę, że wystarczy jedna osoba oprócz mnie. Poza tym liczę się z tym, że znalezienie odpowiednich pracowników może wcale nie być takie proste. Nie tak łatwo znaleźć pracownika do placówki opiekuńczo-wychowawczej, bo praca nie jest najlżejsza, nie jest też najlepiej płatna.

Czyli znalezienie pracowników to jedno z pierwszych poważnych wyzwań, jakie stanie przed Tobą, jeśli otworzysz działalność. A jakie jeszcze widzisz inne?

Drugim, może jeszcze większym, będzie na pewno spełnienie wszystkich wymogów i uzyskanie zaświadczenia od sanepidu i straży pożarnej, że lokal spełnia wszystkie wymogi. Te dwie instytucje muszą przeprowadzić swoje kontrole i zatwierdzić, że żłobek może zostać uruchomiony, czyli wpisany do rejestru żłobków. Bez tego nie spełnię warunków programu, a mój żłobek nie będzie działał legalnie. Więc to na pewno jest poważne wyzwanie, bo choć czytałam wszystkie przepisy, wiem, co i jak, o czym trzeba pamiętać, ale zawsze może się okazać, że coś pominęłam albo nie wzięłam pod uwagę. Myślę zresztą o tym, żeby wybrać się do sanepidu i porozmawiać z kimś zorientowanym, żebym była pewna, że wszystko zrobię tak jak należy. Że nawet jak będzie kontrola i coś wyjdzie, to będą to jakieś drobne rzeczy, które będzie można szybko i niedużymi kosztami poprawić, a nie że okaże się, że wszystko jest niby gotowe, pieniądze wydane, a tu jakaś poważna wpadka i nie można ruszyć, i co teraz?

Czy nie boisz się w ogóle tej odpowiedzialności, która wiąże się z tym, że sama będziesz sterem, żeglarzem i okrętem? Czy to jest właśnie to, co Ci się podoba i motywuje Cię?

Tak, zdecydowanie to jest pozytywna sprawa. To coś innego niż to, co było do tej pory. Generalnie podoba mi się taka perspektywa, że wreszcie ja będę decydować o wszystkim, a nie będę musiała słuchać się kogoś albo uczestniczyć w takich sytuacjach, gdy nie rozumiem pewnych decyzji albo uważam, że są bez sensu, ale muszę się podporządkować. Wiadomo, że jest to bardzo duża odpowiedzialność i rzeczywiście sama będę ją ponosić i nikt nie będzie się martwił za mnie, sama będę musiała wszystko pozałatwiać i zrobić, ale bardziej traktuję to jako wyzwanie niż coś, co mnie stresuje albo odstrasza w ogóle od tego pomysłu.

Raczej samodzielność to jest to co mi się podoba w tym pomyśle na pracę, to że urządzę to po swojemu, będzie to działało na moich zasadach, a nie na czyichś, i jeżeli uważam, że coś jest bez sensu, to nie będę tego wdrażać u siebie. Zwłaszcza, że przecież będzie to poniekąd u mnie w domu, domu rodzinnym, więc będę się czuła dobrze na swoim terenie. Jeszcze jak uda mi się zatrudnić fajnych ludzi, to będę miała też szansę na stworzenie fajnego miejsca pracy. Nie tylko fajnego miejsca dla mnie, nie tylko fajnego miejsca dla dzieci i rodziców, ale też właśnie miejsca pracy. Jako że miałam takie doświadczenie, że miejsca pracy bardzo często są nieprzyjazne i jak się do nich przychodzi, to tylko po to, by jak najszybciej z nich wyjść, to chcę, by mój żłobek był takim miejscem, gdzie pracując, fajnie spędza się czas. Mam nadzieję, że to się uda. To nie tylko ode mnie zależy, ale jestem dobrej myśli.

Jaki masz pomysł na poszukiwanie klientów?

Przede wszystkim liczę, że w najbliższym czasie nie spadnie zapotrzebowanie na miejsca w żłobku, które obecnie jest duże. Na pewno będę się reklamować w internecie, ale przede wszystkim postawię na reklamę w bliskim otoczeniu mojej placówki, w tej samej dzielnicy – ulotki, plakaty. Bo „target” będzie w najbliższej okolicy, bo to ważne dla rodziców, by mieli blisko domu taką placówkę. A moja dzielnica składa się z osiedli z domkami i blokami, w których zamieszkuje wiele młodych małżeństw czy rodzin z dziećmi, więc myślę, że będzie wiele zainteresowanych osób. Zrobiłam research, z którego wyszło, że żłobki okoliczne są zapełnione, że robione są listy rezerwowe, więc świadczy to o tym, że jest duże zapotrzebowanie.

Muszę Cię jeszcze zapytać o scenariusz mniej pozytywny – co będzie jak nie dostaniesz dotacji?

Myślę, że jeśli się nie uda, to poszukam, czy są jakieś inne dotacje albo formy finansowania. Bo samodzielnie na pewno byłoby bardzo ciężko. A najwyżej spróbuję za rok. W zeszłym roku dofinansowania dostali wszyscy, których wnioski zostały ocenione pozytywnie, z tym że były to niepełne kwoty w związku z tym, że pula była zbyt mała. Mnie taka opcja też by w miarę satysfakcjonowała, bo w swojej kalkulacji mam takie rzeczy, z których mogłabym ewentualnie zrezygnować albo zrobić je za jakiś czas dopiero. Wtedy pewnie by mi się udało mimo wszystko otworzyć ten żłobek. A jeśli nie dostałabym dofinansowania w ogóle, to nie wyobrażam sobie choćby wzięcia kredytu na taką kwotę, zwłaszcza że pierwsze miesiące to tak naprawdę tworzenie i organizacja – remont itd., więc nie ma od razu dochodu.

Żeby zakończyć optymistycznie, opowiedz nam jeszcze, jakie masz możliwości rozwijania swojej działalności, jeśli w pierwszej fazie wszystko pójdzie zgodnie z planem?

W przypadku jednej placówki nie ma szans na jakiś poważny rozwój. Rozwojem byłoby otworzenie kolejnej placówki, ale to już tak naprawdę byłoby kolejne, zupełnie nowe przedsięwzięcie. Moim podstawowym planem będzie znalezienie i utrzymanie klientów tak długo, by mieć cały komplet albo chociaż tych dziesięcioro dzieci przez wymagane 5 lat. A że dzieci oczywiście nie siedzą w żłobku 5 lat, więc trzeba będzie nabór i akcję reklamową powtarzać co roku pewnie…

No chyba że będzie takie powodzenie, że powstanie lista rezerwowa 🙂. Czego Ci bardzo serdecznie życzymy, a w bliższej perspektywie – trzymamy kciuki za pozytywne rozstrzygnięcie konkursu!

Ps. W piątek 2 lutego dotarła do nas informacja, że Małgosi przyznano dotację na utworzenie i funkcjonowanie żłobka – w pełnej wnioskowanej wysokości. Serdecznie gratulujemy i trzymamy kciuki za powodzenie całego przedsięwzięcia!

Wynajem lokalu od miasta/gminy na korzystnych warunkach

W części „Prowadzę firmę” – „Kto może mi pomóc rozwiązać problem?” umieściliśmy ciekawą informację dla tych, którzy poszukują lokalu użytkowego do prowadzenia swojej działalności gospodarczej. Urząd Miasta w Siemianowcach ogłosił konkurs ofert na najem lokali użytkowych po preferencyjnych cenach dla osób rozpoczynających działalność gospodarczą bądź prowadzących działalność nie dłużej niż 12 miesięcy.

Do artykułu na ten temat możecie przejść klikając bezpośrednio tutaj

„Dzięki udziałowi w projekcie pierwszy rok prowadzenia firmy minął mi całkowicie bezboleśnie” – wywiad z młodym reżyserem i montażystą

Wywiad z Sebastianem Drożakiem, młodym reżyserem i montażystą, który od 3 lat prowadzi własną firmę, założoną dzięki wsparciu uzyskanemu w ramach udziału w projekcie POKL[1].

Sebastian opowiedział nam, jak wygląda udział w projekcie, którego celem jest wspieranie przedsiębiorczości osób młodych, a także podzielił się doświadczeniami, jakie dały mu 3 lata pracy na własny rachunek.

Czym się zajmujesz zawodowo? Jaki rodzaj działalności prowadzisz?

Prowadzę firmę,  w której zajmuję wieloma rzeczami z szeroko pojętego rynku audio-video, filmowego – i montażem, i reżyserią, i pisaniem scenariuszy. Przed założeniem działalności zajmowałem się głównie samym pisaniem, a montaż doszedł dzięki temu, że uzyskałem dotację na założenie firmy.

Kim jesteś z wykształcenia i czy profil Twojej działalności jest z tym zbieżny?

Jestem reżyserem, po Katowickiej Szkole Filmowej. Czyli poza montażem robię to, czego nauczyłem się na studiach.

Od jak dawna prowadzisz własną firmę?

Od marca 2015 roku, czyli już 3 lata.

A zanim założyłeś firmę? Jakie miałeś doświadczenie zawodowe?

Pracowałem jako reżyser i scenarzysta. Na umowy zlecenia i umowy o dzieło.

Dlaczego stwierdziłeś w pewnym momencie, że chcesz założyć firmę?

Po pierwsze chciałem zająć się montażem. Do tego jeszcze po drodze skłaniałem się ku korekcji, kompleksowej postprodukcji filmowej, ale z czasem odszedłem od tego, bo okazało się, że w tej dziedzinie trzeba mieć naprawdę duże umiejętności i trudno jest wgryźć się w ten rynek. Ale został ten montaż, z którego jestem zadowolony, bo moja działalność fajnie się rozwija w tym kierunku. A to stało się możliwe tylko dzięki dofinansowaniu działalności gospodarczej, które otrzymałem w ramach projektu. Bo z niego zakupiłem potrzebny sprzęt.

No właśnie, a jak to było: najpierw usłyszałeś o tym, że jest taki projekt z dofinansowaniami na firmę i pomyślałeś, że w sumie mógłbyś mieć firmę, czy najpierw myślałeś „kurczę, chciałbym mieć firmę, ale jak to zrobić?”, i znalazłeś dotację?

Zdecydowanie głównym motywatorem do założenia firmy było to, że usłyszałem przypadkowo, że można otrzymać dotację. A potem okazało się, że tak naprawdę wystawianie faktur jest dosyć fajne. Bo gdy przed założeniem firmy rozmawiałem ze zleceniodawcą, to mnóstwo czasu i energii zajmowała nam – często nieprzyjemna – dyskusja nad tym, czy podana kwota to brutto czy netto. A jak teraz mówię, że wystawiam fakturę, to: „Nie ma problemu! Netto! Jasne, świetnie.” I ta jedna trudna rozmowa odeszła w ogóle w niepamięć.

W jaki sposób dowiedziałeś się, że można dostać dotację na firmę, biorąc udział w projekcie finansowanym z funduszy europejskich?

Dowiedziałem się od znajomej osoby, która pracowała przy różnych projektach unijnych i orientowała się w możliwościach, jakie dają. To ona pomyślała, że może to być coś dla mnie i powiedziała mi o rekrutacji do projektu.

Czyli nie dowiedziałeś się od rówieśników, nie szukałeś takiej informacji, tylko sama do Ciebie dotarła?

Tak, nikt z moich znajomych nie korzystał z czegoś takiego. Coś słyszałem o tych dotacjach na firmę, że w ogóle są, że to jakieś kwoty około dwudziestu tysięcy, które można zdobyć przez urzędy pracy, że trzeba się zarejestrować jako bezrobotny. A tu nagle okazało się, że jest szansa na dwa razy wyższą dotację i to niekoniecznie przez urząd pracy, co było dla mnie totalnym zaskoczeniem.

Jak wyglądała procedura rekrutowania się do tego projektu?

Dowiedziałem się, że jest taka firma jak DGA, która realizuje z funduszy europejskich projekt wsparcia przedsiębiorczości poprzez przyznawanie dotacji na założenie firmy. I tam złożyłem wniosek, w którym wstępnie opisałem, jaki rodzaj działalności chciałbym prowadzić i dlaczego. Wszystko potoczyło się dosyć sprawnie, dostałem się. Potem brałem udział w szkoleniu dotyczącym zakładania i prowadzenia firmy oraz pisania biznesplanu. Wtedy to była dla mnie czarna magia, ale jakoś udało mi się przebrnąć.

Czyli to szkolenie było dla Ciebie przydatne?

Jak najbardziej. Przecież nagle pojawił się przede mną stos dokumentów do wypełnienia i nie miałem pojęcia, co tam w ogóle wpisywać. Szkolenie rozwiało te wątpliwości.

Jeśli chodzi o część związaną z samym prowadzeniem firmy, to były tam chociażby podstawy księgowości. Mam w tej chwili dosyć fajnego księgowego, który szczęśliwie robi to za mnie, ale przynajmniej wiem, o co go pytać, jak już o coś pytam.

Zatem zrobiłeś szkolenie z zakładania firmy, a potem pisałeś szczegółowy biznesplan. Czy miałeś w projekcie jakąś indywidualną pomoc w tym zakresie?

Tak, mieliśmy zapewnione spotkania z doradcą. Ostatecznie udało mi się ten biznesplan napisać w miarę sprawnie. Szczęśliwie nie wchodziłem w nową branżę, tylko taką, z której się wywodzę, więc miałem wszystkie specyficzne informacje, które tam trzeba było w nim zawrzeć, nie musiałem robić dodatkowego researchu na temat branży.

W efekcie napisałeś wniosek na tyle skutecznie, że została Ci przyznana dotacja. I co? Od tej pory już wszystko z górki?

W sumie tak, bo nagle okazuje się, że dostałem spory przelew, a to jest najprzyjemniejsza rzecz wydawać darowane pieniądze 🙂 .

Dostałeś dotację takiej wysokości, o jaką się ubiegałeś?

Tak. Generalnie rynek filmu ma to do siebie, że sprzęt jest dosyć drogi i można w niego pieniądze wkładać i wkładać i końca nie widać. Więc jeszcze na etapie pisania biznesplanu musiałem podjąć decyzje o cięciach niektórych rzeczy, ale ostatecznie udało mi się tak zainwestować, że zakupiony sprzęt, po małych modyfikacjach, służy do dzisiaj, mimo zmieniających się technologii.

Czyli swoją działalność nadal opierasz na tym, co zakupiłeś z dotacji?

Tak. W zeszłym roku pojawiło mi się sporo zleceń stricte montażowych i dzięki tym zleceniom zacząłem modernizację sprzętu, ale zasadniczo działam na tym, co zakupiłem z dotacji.

Bez dotacji raczej byś się nie zdecydował na założenie firmy?

Zdecydowanie nie, bo – tak jak mówiłem – główna motywacją było to, że chciałem rozszerzyć swoją działalność na rynku filmowym, a do tego potrzebowałem sprzętu.

Pozostając jeszcze przy projekcie, chciałam zapytać o ostatni jego element, który miałeś obowiązek zrobić przed rozpoczęciem działalności, czyli o szkolenie zawodowe. Jakie szkolenie wybrałeś?

Rzeczywiście był tam taki wymóg. Tak jak mówiłem wcześniej, początkowo chciałem wejść w postprodukcję związaną z grafiką, efektami itd. A że nie znałem programu do tego – bo o ile montowaniem zajmowałem się też w szkole, to taką grafiką, do której służy program After Effects, nie – to szkolenie pomogło mi poznać podstawy tego programu i już dalej pociągnąć to samemu.

A jaką miałeś pomoc w ramach projektu już po założeniu firmy?

Przede wszystkim było finansowe wsparcie pomostowe, czyli comiesięczne środki na bieżące opłaty związane z prowadzeniem firmy – ZUS, wynajem lokalu (jeśli ktoś potrzebuje), rachunki itp. Nie pamiętam, czy to było pół roku, czy rok. Wydaje mi się, że przez pół roku. To wsparcie było fajne, bardzo przydatne, aczkolwiek potem, gdy trzeba było te wszystkie rzeczy opłacić samemu, było mocno nerwowo i niepewnie. W ramach pomostówki dostawałem chyba 1200-1300 zł, więc po odjęciu ZUS-u, zostawało sporo na inne koszty – w moim przypadku głównie internet i telefony.

Czyli przez pierwsze pół roku nie musiałeś się martwić, z czego utrzymasz firmę, bo wiedziałeś, że niezależnie od tego, czy będziesz miał zlecenia, czy nie, to będziesz jakoś funkcjonował…

Dokładnie, to mi bardzo pomagało.

A jak faktycznie było z tymi zleceniami? Miałeś jakieś od razu?

Nie od razu… Ale zaobserwowałem całkiem pozytywną rzecz. Kiedy jest się „na swoim” i pojawiają się te obowiązkowe koszty co miesiąc, nagle przestaje się czekać na pracę, a zaczyna się aktywnie szukać tej pracy samemu. To ciekawe doświadczenie. Bo do momentu założenia firmy było tak, że zawsze ktoś mnie polecił, ktoś w końcu zadzwonił i się jakoś samo toczyło. Jak dwa miesiące nic nie było, to nie było, to robiłem swoje rzeczy, a jak było, to dobrze. A teraz nagle się okazało, że coś musi być zawsze, bo jest ten bat nad głową, że trzeba zarobić. I to jest bardzo motywujące.

Jak sobie więc radziłeś z reklamą Twoje firmy? Jak się promowałeś? Po znajomości?

Pośrednio po znajomości. Tu jest tak, że ten rynek jest… zarówno ograniczony i nieograniczony. Samemu musiałem zrobić research tych firm, które zajmują się produkcją filmową w obrębie Warszawy – znalazłem w internecie około 100 takich firm. Do wszystkich wysłałem maile z tzw. demo reel, czyli z taką montażówką z rzeczami, które do tej pory robiłem. Ze stu firm odpowiedziało pięć, z dwoma rozpocząłem współpracę – taka jest skala odpowiedzi.

Ale rozumiem, że ta współpraca jakoś trwa, rozwija się?

Z jedną firma nie, a z drugą tak. Ale po drodze pojawiły się jeszcze inne, bo to jest taka branża, która opiera się głównie na poleceniach i rekomendacjach.

Czyli dzięki wsparciu pomostowemu i byciu polecanym spokojnie minął Ci pierwszy rok prowadzenia firmy – okres, w którym bezwzględnie musiałeś ją utrzymać…

To znaczy tak, ja sobie z góry założyłem, że chcę prowadzić tę firmę przez dwa lata, czyli tyle, ile jest małego ZUS-u. Że obojętnie, co się stanie, spróbuję te dwa lata przetrwać i zobaczymy, co później. Takim krytycznym okresem w funkcjonowaniu mojej firmy było przejście w marcu zeszłego roku na duży ZUS. Zastanawiałem się, czy zawieszać działalność, czy nie zawieszać, czy w ogóle rezygnować, ale ostatecznie stwierdziłem, że jednak spróbuję dalej to pociągnąć, bo mimo tego dużego ZUS-u, to mi się opłaca.

Kwota ZUS zmieniła się z…?

Z około 450 zł na 1050 zł, czyli przeszło dwa razy więcej. Ale na razie daję sobie radę i generalnie jestem dobrej myśli. Zwłaszcza, że w tej mojej branży ciężko jest o stałe zatrudnienie, więc to samozatrudnienie daje nadzieję na odkładanie na emeryturę plus ubezpieczenie, więc to jest pewne zabezpieczenie.

A jak na tym wychodzisz finansowo? Lepiej niż na zleceniach?

Lepiej, ale przede wszystkim dlatego, że zacząłem aktywniej szukać tej pracy. Pewnie gdybym na tyle aktywnie szukał też przed założeniem firmy, to… to w sumie powiem szczerze, że nie wiem do końca, jak by było. Bo to jest jednak inaczej, gdy ludzie współpracują z firmą, a gdy z konkretną osobą. Troszkę inaczej do tego podchodzą. Więc nie wiem jak by było.

Jaką jeszcze widzisz różnicę między pracą na zlecenie albo dzieło a posiadaniem własnej firmy? Jakie są największe zalety samozatrudnienia?

Tak jak już wcześniej wspominałem – prostszy kontakt z klientem i załatwianie z nim spraw formalnych. Wystawiam fakturę i tyle. A nie umowy, czekanie… Jest faktura, jest termin płatności i już. Poza tym dzięki własnej firmie nie jestem człowiekiem znikąd. Pracuję na własny rachunek, mam swój dorobek, który kumuluje się i który buduje moją markę. Kolejna rzecz to poczucie bezpieczeństwa, stabilności, bo jednak te pieniądze gdzieś się odkładają i chociażby mam większą wiarygodność kredytową.

A jakie widzisz ryzyka, zagrożenia? Są jakieś rzeczy, których się nie spodziewałeś, a wyniknęły i sprawiły Ci problem?

Zdecydowanie najmniej fajna rzecz to przelew do ZUS-u co miesiąc. Ale tego się spodziewałem 🙂 . A tak, to myślę, że nie nie ryzykuję szczególnie.

Jest ten minus, że niestety, jak nie ma zleceń, to ich nie ma, a jak są, to wszystkie na raz. Więc są takie okresy, kiedy absolutnie nic się nie dzieje, a są takie, kiedy się praktycznie nie śpi. Ale tak po prostu jest i jeśli człowiek robi, to co lubi, co daje mu satysfakcję, to nie ma z tym problemu.

Jakie masz teraz plany związane z firmą? Żeby dalej było tak jak jest? Czy coś chcesz rozszerzyć, zmienić?

Nie, na razie jest o tyle dobrze, że zleceń jest coraz więcej, są coraz ambitniejsze, z roku na rok przychody są coraz wyższe, więc oby ten trend się utrzymał. Na razie nie planuję żadnych drastycznych kroków.

A czy w międzyczasie poszerzasz swoją wiedzę dotyczącą prowadzenia firmy, doszkalasz się marketingowo lub biznesowo? Czy skupiasz się wyłącznie na zdobywaniu i wykonywaniu zleceń?

Zdecydowanie to drugie. Skupiam się generalnie na swojej robocie, sprawy księgowe zostawiam księgowemu, a w tej chwili przygotowuję kolejną ofertę, uaktualnioną o rzeczy, które robiłem w zeszłym roku, żeby znowu rozesłać ją do potencjalnych klientów. Zdecydowanie preferuję kontakt bezpośredni niż wrzucenie do internetu jakiejś reklamy nie skierowanej do nikogo bezpośrednio. Na razie to działa, więc nie widzę powodu, żeby to zmieniać.

A gdybyś miał na koniec powiedzieć młodym ludziom, czy warto Cię naśladować i założyć własną firmę?

Zdecydowanie warto. Nawet na zasadzie, żeby sprawdzić, jak to jest. Przez dwa lata boli to bardzo mało, potem trochę bardziej, ale warto się postarać, by móc robić to, co się lubi, a dodatkowo wpisywać wszystkie sukcesy na swój własny rachunek.

Jak z perspektywy czasu oceniasz pomysł udziału w projekcie?

Bardzo dobrze. Tak jak mówiłem, dzięki projektowi, przede wszystkim pierwszy rok prowadzenia firmy minął mi całkowicie bezboleśnie. Po drugie, mając firmę, łatwiej nawiązuję współpracę ze zleceniodawcami i jestem pewniejszy rozliczeń. A po trzecie, dzięki dotacji mam narzędzie do pracy, na którym mogę spokojnie robić wszystko, co klient mi zleci. Polecam wszystkim taki start 🙂 .

 

[1] Program Operacyjny Kapitał Ludzki – program był realizowany w ramach funduszy europejskich, z którego środki były przeznaczone między innymi na aktywizację zawodową.

„Mam pieniądze, stałego klienta, jestem polecana, rozwijam się” – wywiad z młodą graficzką-freelacerką

Oto rozmowa z Agatą Piasecką, młodą graficzką-freelancerką, która od lutego 2017 roku prowadzi własną firmę, w ramach której wykonuje różne usługi graficzne – przede wszystkim projektuje strony internetowe, tworzy reklamowe filmy animowane, a także projektuje zaproszenia ślubne.

Agata opowiedziała nam, jak to się stało, że otworzyła własny biznes, jak sobie radzi jako freelancerka, a także dzieli się doświadczeniami, które z pewnością przydadzą się wszystkim młodym ludziom, którzy myślą otwarciu własnej firmy. Zapraszamy do przeczytania rozmowy!

Na wstępie powiedz, proszę, jaki dokładnie jest profil Twojej działalności i jak się ma do Twojego wykształcenia?

Skończyłam architekturę i urbanistykę na Politechnice Śląskiej oraz sztukę nowych mediów na Polsko-Japońskiej Akademii Technik Komputerowych. Prowadzę firmę graficzną, więc jak najbardziej wykorzystuję wiedzę ze studiów w swojej działalności.

Generalnie mam dość szerokie spektrum działania, też ze względu na to, że dzięki swojemu wykształceniu szybko uczę się nowych rzeczy związanych z tematyka mediów i grafiki. Jako Isiart.pl zajmuję się tworzeniem grafik i ilustracji, budowaniem w miarę prostych stron internetowych, a także robię filmy animowane – szkoleniowe, krótkie reklamy itd. Natomiast jako Chajtnięci.pl projektuję zaproszenia ślubne i towarzyszące im strony internetowe.

Dobrze nam się wydaje, że możemy Cię nazwać freelancerką?

Tak, jestem freelancerką multitask, czyli wielozadaniowym wolnym strzelcem. Wykonuję bardzo różnorodne zlecenia od klientów indywidualnych oraz firm.

Skąd pomysł na to, żeby założyć własną firmę? Jak to się stało?

Powiem tak: to była w gruncie rzeczy bardzo impulsywna akcja 🙂 . Pracowałam w firmie, w której praca kosztowała mnie bardzo dużo stresu i w pewnym momencie przestałam sobie z tym radzić. Akurat wtedy udało mi się, poza zadaniami wykonywanymi u mojego pracodawcy, dostać prywatnie od klienta własne spore zlecenie na film szkoleniowy. Więc podpisałam umowę z klientem i jednocześnie odeszłam z firmy. U podstaw mojej decyzji leżało przede wszystkim to, że chciałam uwolnić się od ogromnego stresu.

Gdy zrobiłam zlecenie, to podliczyłam swój budżet. Przez ostatni miesiąc w firmie zrobiłam tyle nadgodzin, że dostałam dwie pensje, dostałam też sporo pieniędzy ze zlecenia, i w efekcie stwierdziłam, że jedyne, na co mam ochotę, to wakacje. I poszłam do urzędu pracy, żeby zarejestrować się jako bezrobotna…

O proszę! Tak po prostu stwierdziłaś, że pójdziesz do urzędu pracy? Nie miałaś oporów?

Nie miałam oporów. To było dla mnie najlepsze wyjście. Poszłam więc do tego urzędu i wyznaczyli mi rozmowę z konsultantem. Byłam nią „wielce zainteresowana”, wiedząc, że nie idę tam szukać pracy, bo sama sobie potrafiłabym coś znaleźć, ale na razie nie chce mi się szukać. Chcę odpocząć. Podczas spotkania z panią konsultantką miło rozmawiałyśmy o różnych zawodowych rzeczach, aż nagle ta pani mi mówi, że właśnie za 3 dni otwierają nabór wniosków o dotację na założenie firmy z POWER[i] i że to jest właśnie dla takich ludzi jak ja, którzy wiedzą, co chcą robić w życiu. No ja nie do końca wtedy czułam, że wiem, co chcę robić w życiu, ale pani uznała, że wiem, że jestem odpowiednio wykształcona i że jestem idealną kandydatką do założenia własnej firmy. Dała mi wniosek i zaprosiła z powrotem po jego wypełnieniu. Więc ja posłusznie wróciłam do domu i razem z tatą, który umie dobrze i przekonywająco pisać, usiedliśmy i w jeden wieczór wypełniliśmy 20 stron wniosku. Dołączyłam do niego też różne referencje potwierdzające, gdzie pracowałam i co umiem.

A no właśnie, bo, składając wniosek o dotację na założenie firmy do PUP, trzeba wykazać, że się ma doświadczenie w tej dziedzinie, w której chce się rozpocząć działalność, tak?

Tak. Ja miałam odpowiednie dyplomy, świadectwa, referencje, i to wszystko dołączyłam do wniosku. Ogólnie, szczerze powiem, zbyt dużo nad tym nie siedziałam. Bardziej na zasadzie „co mi szkodzi, raz kozie śmierć”. Złożyłam ten wniosek, oczywiście mi go 3 razy cofnęli, bo czegoś brakowało, np. opinii od psychologa i doradcy biznesowego, ale dostawałam jasne informacje, co mam jeszcze u kogo załatwić, więc szybko wszystko uzupełniałam. Szczególnie pomagała mi ta pani konsultantka od aktywizacji zawodowej, z którą spotkałam się na samym początku. Naprawdę zależało jej, żeby mój wniosek został przyjęty. W końcu więc złożyłam wniosek, ale generalnie miałam w głowie myśl, że mam wreszcie upragnione „wakacje”…

Wracając jeszcze do samego wniosku – czy coś sprawiło Ci szczególną trudność przy jego wypełnianiu?

Właściwie nie. Wypisywałam szczegółowo, co będę robić, co dokładnie chcę zakupić z dotacji, jak będę z tego korzystać. Troszkę dłużej zajęło mi jedynie zliczanie kwot sprzętu, czyli wypełnianie harmonogramu rzeczowo-finansowego.

Ok, czyli złożyłaś wniosek i co? Czekałaś w napięciu?

Skąd! Jak złożyłam wniosek, to niewiele myśląc spakowałam się i poleciałam do Francji na narty. I jak byłam na nartach, to zadzwoniła do mnie pani z PUP, że mi przyznali dotację i jeśli ją chcę, to muszę już natychmiast przyjeżdżać ze swoimi dwoma żyrantami podpisać umowę. Musiałam się mocno postarać, żeby przekonać panią, żeby pozwoliła mi przyjść dopiero na początku kolejnego tygodnia, ale się udało.

I tak właśnie uzyskałam dotację. Na „wakacjach”, przez przypadek 🙂 . Dostałam prawie całą kwotę, o którą wnioskowałam, ok. 19 tys., za które zakupiłam sprzęt fotograficzny oraz laptop. Potrzebne oprogramowanie graficzne miałam zakupione już wcześniej.

Czyli wszystko pięknie. Dostajesz dotację, rejestrujesz firmę, kupujesz potrzebny sprzęt i co?

I w pierwszym miesiącu zarobiłam piękne okrągłe 0 zł. W drugim miesiącu zarobiłam na ZUS. Na szczęście miałam odłożoną wcześniej taką kwotę pieniędzy, że wiedziałam, że pół roku jestem w stanie się utrzymać i płacić ZUS na firmę, nawet jeśli moja firma nie przyniesie żadnego dochodu. Więc całkiem nieprzemyślane to całe przedsięwzięcie nie było.

No właśnie. A skąd wiedziałaś, co Cię czeka? Z czym będzie wiązało się założenie firmy? Korzystałaś z doświadczeń rodziny albo znajomych?

Raczej nie. Miałam tylko swoje własne doświadczenia z pracy. Zdawałam sobie sprawę, że nie jest łatwo zdobyć zlecenie i pierwszego klienta. A tak naprawdę od razu po rejestracji firmy o żadnym zdobywaniu klienta nie mogło być jeszcze mowy. Musiałam dopiero wszystko przygotować. Firmę musiałam zarejestrować w ciągu miesiąca od otrzymania dotacji, a wcześniej wszystko działo się tak szybko, że nie miałam możliwości przygotować się do działania. Na początku stycznia złożyłam wniosek, a przed końcem miesiąca miałam już pieniądze na koncie. W momencie formalnego rozpoczęcia działalności byłam w trakcie budowania strony internetowej, w trakcie przygotowywania wszystkich materiałów reklamowych, więc przez pierwszy miesiąc nie miałam szans niczego zacząć w sensie wykonywania usług. Potrzebowałam de facto prawie dwóch miesięcy, żeby to wszystko zaczęło mi jakoś funkcjonować i żebym była gotowa do świadczenia usług.

Nie bałaś się, że ryzykujesz?

Nie, ryzyko było niewielkie. W mojej branży jest spora szansa, żeby zostać po prostu kontraktorem. Ja z tego nie skorzystałam, ale w razie czego zawsze można pójść do firmy na normalny „etat” i wystawiać tej firmie faktury. A więc w najgorszym wypadku tak bym właśnie zaczęła pracować, gdyby mi nie wyszło samodzielne zdobywanie zleceń. To była w miarę komfortowa sytuacja.

Zobowiązana jesteś do prowadzenia firmy przez rok od otrzymania dotacji, zgadza się?

Tak. I w żadnym wypadku nie zamierzam jej zamykać po roku.

To bardzo dobra wiadomość 🙂 . Czyli nie bałaś się, niewiele ryzykowałaś. A skąd miałaś takie podstawowe informacje o tym, jak się prowadzi firmę, jeśli nie od rodziny albo znajomych. Nie mów, że z lekcji przedsiębiorczości?

Od pani z PUP. Pani była bardzo fajna i naprawdę bardzo mi pomogła. Przekazała mi podstawowe informacje na temat tego, jakie formalności i obowiązki wiążą się z prowadzeniem firmy.

W tej chwili prowadzisz firmę już prawie rok i, jak sama powiedziałaś, nie zamierzasz jej zamykać. To powiedz, jakie widzisz największe zalety posiadania własnej firmy.

Przede wszystkim ja jestem typem pracującym w nocy. I podstawową zaletą dla mnie jest to, że mogę pracować w godzinach, które mi odpowiadają. Pracując na etacie, do 13 nie byłam w stanie nic zrobić. Przychodziłam punktualnie, ale pół dnia nie mogłam się na niczym skupić, a potem robiłam nadgodziny, mnóstwo nadgodzin, bo dopiero wtedy dobrze mi się pracowało. W tej chwili, pracując samodzielnie, nie mam tego stresu. Pracuję w godzinach, w który mogę pracować najbardziej efektywnie. A w godzinach przedpołudniowych zajmuję się innymi rzeczami.

Kolejna rzecz jest taka, że nie mam nad sobą 5 szefów i pośredników. Sama jestem sobie szefem. Gdy pracowałam jako grafik, to informacja szła od kogoś w firmie-kliencie, do handlowca w tamtej firmie, do handlowca w mojej firmie i przetworzona 3 razy trafiała do mnie. W takim łańcuchu kompletnie nie mogłam się skomunikować, czego tak naprawdę ktoś ode mnie oczekuje. W taj chwili, pracując we własnej firmie, mam bezpośredni kontakt z klientem, a on ze mną – z wykonawcą, z osobą, która się zna, a nie z pośrednikiem. Ja dokładnie wiem, czego ode mnie oczekuje klient, i mogę mu łatwo przekazać, czego ja potrzebuję od niego. Nie muszę podwójnie tłumaczyć, czemu coś nie może zostać zrobione w dany sposób albo jak byłoby lepiej. Jest bardzo wiele sytuacji, kiedy klient wymyśla sobie, co by chciał dostać, ale istnieje znacznie lepsze rozwiązanie i ja je znam. W tym momencie w dużych firmach osobie na stanowisku grafika bardzo ciężko jest przekazać klientowi, jakie będzie lepsze rozwiązanie. Więc grafik po prostu wykonuje koncepcję, która mogłaby zostać ulepszona, ale nie chce mu się prowadzić rozmów z klientem na zasadzie łańcuszka i głuchego telefonu, bo szkoda mu na to energii.

No właśnie, czyli taki tryb pracy – jako freelancer – jest fajny i korzystny dla osób takich jak Ty, które bezpośrednio wykonują określone zlecenia dla klientów?

Zdecydowanie. Jest bardzo duża różnica w jakości usług, które oddaję. W dużej firmie mam ograniczone możliwości. Zobaczmy to na takim przykładzie. Klient ma określoną pulę pieniędzy. Szuka wykonawcy. Może zwrócić się do freelancera, który ma 3 dobre opinie na Facebooku albo do dużej firmy, która ma 300 pozytywnych opinii. Jeśli zwróci się do firmy, dostanie usługę, która przeszła od handlowca do grafika, któremu to grafikowi może nie chcieć się przebijać przez pośredników w kontakcie z klientem. Oczywiście ostatecznie klient będzie pewnie zadowolony z efektu końcowego, bo dostanie to, co chciał. Będzie miał jednak bardzo niewielkie szanse, że ktoś będzie mu próbował podpowiedzieć jeszcze lepsze rozwiązanie. Na marginesie można dodać, że choć cena całej usługi jest w takiej firmie wysoka, to grafik tam weźmie mniej za godzinę niż ja (wykonując usługę w podobnej cenie), bo ta pula pieniędzy musi opłacić szereg pośredników i innych pracowników firmy. A co się dzieje, gdy klient wybiera freelancera, czyli mnie? Ma bezpośredni kontakt z wykonawcą, określamy wszystkie zasady współpracy, klient opisuje zamówienie, a ja zawsze staram się podać lepsze rozwiązania, jeśli takie istnieją. Bo w tym momencie reklamuję już swoje nazwisko, swoją markę, a nie czyjąś firmę. I dlatego właśnie staram się oddawać produkty jak najwyższej jakości. Bo ja się pod nimi podpisuję.

Wspomniałaś jeszcze o dodatkowej korzyści – że w momencie, gdy masz jednoosobową firmę, cena za usługę, jaką podajesz, jest kwotą, która w znaczącej większości trafia do Ciebie bezpośrednio. Czy ceny Twoich usług są konkurencyjne wobec usług firm?

Moje ceny są konkurencyjne, aczkolwiek nie dużo niższe. Mam już doświadczenie, a w firmie jestem i handlowcem, i grafikiem, i sekretarką, i księgową, i wszystkim innym. Wykonuję pracę tych wszystkich osób, więc moja usługa nie będzie dużo tańsza. Dodatkowo cenne dla klienta jest to, że wie, że dostanie usługę wykonaną przeze mnie, a nie przez jednego z zespołu 100 grafików, gdzie maszyna losująca może przydzielić zlecenie równie dobrze komuś doświadczonemu, jak i studentowi II roku grafiki, który nie zna jeszcze zasad kompozycji. I klient będzie musiał zużyć o wiele więcej czasu i energii, żeby uzyskać od niego to, co chce. A więc bezpośredni kontakt z doświadczonym wykonawcą też ma swoją cenę.

Wróćmy do zalet prowadzenia własnej firmy. Na razie wymieniłaś: pracę w godzinach, które Ci najbardziej odpowiadają i w których jesteś najbardziej efektywna oraz bezpośredni kontakt z klientem, który sprzyja wysokiej jakości usług oraz większej satysfakcji z wykonywanych zleceń. Czy do zalet możemy dodać też korzystniejsze zarobki?

To znaczy tak: zarobki mogą być, będą korzystniejsze. Ale na razie jeszcze nie są. Póki co zarabiam mniej niż w firmie, w które pracowałam, bo mam cały czas niewystarczającą liczbę zleceń, ale ona ciągle się powiększa i mam jak najbardziej pozytywne widoki na przyszłość.

Chciałabym jeszcze wrócić do tych godzin pracy. Bardzo dużą zaletą jest to, że sama sobie planuję dzień. Jestem w stanie w południe wyjść na łyżwy, po południu popracować, potem jeszcze pójść na spotkanie ze znajomymi, a wieczorem wrócić i skończyć zlecenie. Dzięki temu, że tak pracuję, byłam na przykład w stanie zrobić sobie prawo jazdy na motocykl, bo mogłam w ciągu dnia pójść na 2h jazd, potem 2h popracować, potem znowu zrobić 2h jazd i wrócić do domu znowu popracować. Jednak w żadnym wypadku nie jest tak, że mam zupełną wolność. Czasem kończę pracę o szóstej rano, bo jest termin, są poprawki, coś weszło na wczoraj i siedzę do rana, bo to musi zostać zrealizowane, a nie mam na kogo tego zrzucić.

A no właśnie. To może powiedz teraz o takich „ciemnych stronach”, sprawach, które ewentualnie mogą być jakimś problemem albo wiążą się z wyrzeczeniem z Twojej strony.

Między innymi właśnie to, że jeden tydzień mogę nie mieć zleceń, siedzieć i czytać książki – oczywiście w cudzysłowie, bo jest praca reklamowa, rozsyłanie ofert i inne działania marketingowe i reklamowe w celu zdobycia zleceń – a w następnym tygodniu siedzę dzień w dzień do późnej nocy i nie wyrabiam się pracą, której przecież nikt nie zrobi za mnie, z nikim się nią nie podzielę.

A jak nie zrobisz to co?

A jak nie zrobię, to mi zlecenie przepadnie, to klient odjedzie – jest bardzo dużo negatywnych konsekwencji. Jak się zobowiążę, to muszę to zrobić i tyle. Wolę być polecana niż…

Odradzana?

Nie, nikt raczej nie odradza, po prostu nikt nie wspomina, a najcenniejsi klienci są z polecenia.

A kim są Twoi klienci? Jak ich zdobywasz?

Pracuję głównie dla firm. I, jak już mówiłam, najlepsi klienci są z polecenia, nawet tacy jednorazowi, bo od kogoś wcześniejszego wiedzą, czego się po mnie spodziewać, i nie ma z nimi problemu.

Czyli to jest korzystne dla dwóch stron? Zarówno oni nie mają problemu z Tobą, bo wiedzą, że jesteś polecona, sprawdzona, jaki i Ty nie masz problemu z nimi, bo też pochodzą od kogoś, kogo znasz i z kim Ci się dobrze współpracowało.

Tak jest. Oczywiście i tak wezmę od nich zaliczkę, a jakość usługi będzie taka sama dla jednych i dla drugich, ale na tych, którzy nie są z polecenia, trzeba czasem poświęcić dużo więcej czasu, żeby zlecenie dostać. Przeprowadzić znacznie więcej rozmów, wytłumaczyć, co jak działa itd. Natomiast gdy przychodzą klienci z polecenia, to wiedzą, że ich nie oszukam, i zazwyczaj wiedzą, jak pracuję, więc w zasadzie omijamy długi etap rozmów, jak co działa, jak to będzie wyglądać, jak będzie wyglądać współpraca, a umowa, a pięć umów, a zapisy w umowie itd. Spisujemy najprostszą umowę, w której zwieramy najważniejsze informacje o terminach, liczbie poprawek, i przechodzimy do zlecenia. 

A oprócz konieczności samodzielnego zdobywania klientów, jakie pojawiają się problemy czy też ryzyka przy prowadzeniu firmy?

Problemem jest co miesiąc nieubłagane 500 zł ZUS-u. Bo niezależnie, czy się zarobi, czy nie, i tak trzeba to zapłacić. I to jest ryzyko, które każdy musi podjąć.

Druga sprawa – umówmy się – w pierwszym roku kokosów się nie zarobi, ani żadnego spektakularnego efektu nie będzie. Pierwszy rok jest w zasadzie na zaistnienie marki, pokazanie siebie. Więc przede wszystkim trzeba się przygotować na to, że w tym czasie nie jest łatwo. Nie ma się dużo czasu na znajomych, czasem trzeba posiedzieć do nocy, żeby skończyć zlecenie albo zrobić kampanię na FB, a wcześniej żeby skończyć szkolenie z prowadzenia kampanii na FB, albo żeby nauczyć się obsługiwać Instagrama, którego ja na przykład nie znoszę, a musiałam się nauczyć jego obsługi – w mojej branży to konieczne.

Czyli trzeba poświęcić dużo czasu na wszystkie zajęcia, które nie są związane z wykonywaniem zleceń, a ze zdobyciem ich?

Dokładnie tak. Żeby dostać zlecenie trzeba nie tylko poświęcić mnóstwo czasu, ale też wydać pieniądze.

A skąd mieć pieniądze w takim razie?

Z oszczędności, z dobrego gospodarowania.

Jakie jeszcze masz przemyślenia, którymi chciałabyś podzielić się z tymi, którzy myślą o założeniu własnej firmy?

Że ciężko się porywać z motyką na słońce, czyli nie mając żadnego doświadczenia w pracy gdziekolwiek indziej, otwierać firmę. Bo najpierw trzeba zobaczyć, jak to robią inni, żeby zacząć to samemu robić. Przynajmniej takie jest moje zdanie. Ja pracowałam w 5 firmach graficznych, w każdej firmie inaczej to wyglądało, innymi rzeczami się zajmowałam. Dzięki temu mniej więcej mam ogląd sytuacji, jak się działa w mojej branży. Zwłaszcza dotyczy to obsługi klienta. Zdobywanie i obsługa klienta to ogromnie ważna część pracy freelancera. Bardzo ciężko by mi było zacząć, gdybym z pracy w firmach nie wiedziała od podszewki, jak inni się tym zajmują. Trzeba bardzo uważnie patrzeć, czytać maile od handlowców, w jaki sposób zwracają się do klienta, w jaki sposób jest w ogóle on obsługiwany. Dopiero potem można się zastanawiać, że może ja też mogę coś takiego zrealizować. Szczerze powiem, że bez takiego doświadczenia, jakie mam, chyba nie wykonałabym dobrze żadnego zlecenia. Ciągle wykorzystuję to dobre, czego nauczyłam się podczas pracy na etacie.

To bardzo ważne, co mówisz, że trudno brać się za zakładanie własnego biznesu, jeśli nie ma się żadnego doświadczenia w pracy…

I nie wie się dokładnie, co się chce robić w życiu. Bo, przede wszystkim, osoba, która świeżo wchodzi na rynek pracy, nie wie jeszcze dokładnie, czego chce. To normalne. Studia nie uczą pracy. Muszę zobaczyć najpierw, co mogę robić, sprawdzić różne możliwości, żeby, zakładając firmę, wiedzieć, z czego rezygnuję, a co się wybieram.

Czy masz jakieś kontakty z innymi przedsiębiorcami, freelancerami? Wymieniacie się doświadczeniami, jak to się robi, jak sobie radzić?

Uczestniczę w grupach na Facebooku, np. Hakerki sukcesu, Jestem interaktywna, Biznes, blogowanie i marketing. Jest kilka takich fajnych grup, w których działam, i w których bardzo dobrze są prowadzone szkolenia z marketingu, z prowadzenia firmy itd. Bardzo dużo słucham takiego kanału z wywiadami „Mała wielka firma”, sporo się z niego nauczyłam. Warto korzystać z materiałów, które są powszechnie dostępne. Żałuję, że ja do tych materiałów dotarłam kilka miesięcy po założeniu firmy, a nie przed otworzeniem, bo teraz jestem znacznie bogatsza o wiedzę, która przydałaby się już od początku.

Czyli cały czas dokształcasz się i dowiadujesz nowych rzeczy na temat prowadzenia firmy. Jakie masz jeszcze na to sposoby?

Przede wszystkim trzeba dużo rozmawiać na ten temat. Ja głównie rozmawiam przez internet. Raz byłam na śniadaniu biznesowym. Zaprosił mnie kolega, który działa w takiej grupie biznesowej. Zaczynało się o 6 rano, w pierwszej części każdy prezentował siebie i swoją firmę i miał na to określony czas, a w drugiej, śniadaniowej, był networking, czyli rozmowy z osobami, które mnie zainteresowały i których ja zainteresowałam, i wymienianie się wizytówkami.

Tylko raz brałaś udział w czymś takim? Co myślisz o tego rodzaju spotkaniach z przedsiębiorcami?

Byłam tylko raz. Do tej grupy, w której spotkaniu uczestniczyłam, jest bardzo ciężko wstąpić na stałe. Jest bardzo sformalizowana, trzeba zapłacić wpisowe i składkę roczną, które nie są niskie, i nie stać mniej w tej chwili, żeby wydać na to kilka tysięcy. Ale ogólnie takie idee, moim zdaniem, są super. I bardzo brakuje tego typu inicjatyw stworzonych typowo dla młodych przedsiębiorców. Nie tak formalnych i kosztownych. Można by było organizować takie śniadania w jakimś przyjaznym lokalu, w cenie np. 40 zł za wejście, żeby opłacić catering, i w czasie tych śniadań odbywałyby się krótkie prezentacje i przede wszystkim networking.

Co możesz zyskać na takim spotkaniu networkingowym?

Kontakty, wiedzę, jak ktoś prowadzi firmę, mogę porozmawiać z ludźmi z innych branż. Najważniejsze jest to, że można powymieniać się informacjami i doświadczeniami. Ty możesz opowiedzieć, jak coś u ciebie działa, możesz komuś doradzić, ktoś może tobie doradzić, jak coś zrobić lepiej itd.

Rozumiemy, że w związku z tym, że trudno jest o spotkania dla młodych osób, które nie chcą płacić paru tysięcy i być w elitarnej grupie, tylko po prostu chcą spotkać się z innymi przedsiębiorcami, Ty przenosisz się do internetu?

Tak, tak jak mówiłam, jestem w kilku grupach na Facebooku. Ale brakuje takich kontaktów międzyludzkich. Ja pracuję w domu. W związku z firmą wychodzę tylko do klientów. Brakuje mi bezpośrednich spotkań z innymi freelancerami czy przedsiębiorcami, żeby się z kimś po prostu zobaczyć, pogadać itd. Mam znajomych oczywiście, ale bezpośrednie kontakty biznesowe też są bardzo ważne.

Jak podsumowujesz działanie swojej firmy po roku?

Mam pieniądze, mam stałego klienta, jestem polecana, rozwijam się – oby tak dalej 🙂 .

Na koniec chciałabym zapytać, jaką masz radę dla młodych osób, które myślą o założeniu firmy?

Przede wszystkim – jeśli już podejmą decyzję, będą wiedzieć, że mają jakieś doświadczenie, że są dobrzy w tym, co robią – żeby się nie poddawali. Bo pierwszy rok–dwa będą być może bardzo ciężkie. Muszą się przygotować na to, że nie będą mieli nagle ekstra funduszy – ale takie jest życie. Kwestia wyboru i kwestia tego, czy potrafią zagryźć zęby, żeby zrealizować swoje zamierzenia. W końcu i fundusze zaczną się gromadzić.

No właśnie, jakie cechy trzeba mieć, żeby sobie poradzić jako młody przedsiębiorca?

Determinację. Samozaparcie. Potrafić wstać jak się dziesięć razy albo dwadzieścia razy upadnie. Przede wszystkim – bo nie ma efektów bez porażek. Duża większość firm, które powstaje, jest zamykana w ciągu pierwszego roku. A w ciągu pierwszego roku dostaje się najwięcej kopniaków. Więc, aby poprowadzić z sukcesem firmę, trzeba podnosić się po tych wszystkich kopniakach i mówić sobie: „nie, ja się nie poddam”. Ale też trzeba wiedzieć, że jak całkiem nie wyszło, to żeby się z tego wycofać i nie marnować na to więcej pieniędzy. Jednocześnie jednak pamiętając, że porażka to też jest nauka, a nie oznaka, że już mi się w życiu nic nie uda.

 

[i] Program Operacyjny Wiedza Edukacja Rozwój – program realizowanych w ramach funduszy europejskich, z którego środki są przeznaczone między innymi na aktywizację osób młodych.

Warsztaty „Czy warto być przedsiębiorczym?”

15 listopada poprowadziliśmy kolejne warsztaty z cyklu „Czy warto być przedsiębiorczym?”. Wykorzystując ćwiczenia w grupach i burzę mózgów, rozmawialiśmy z uczennicami Branżowej Szkoły I st. nr 2. w ZSOIZ o tym, kiedy w życiu przydaje się przedsiębiorczość, jak wykorzystać ją przy poszukiwaniu pracy, a także jaką pomoc w aktywizacji zawodowej oferują młodym ludziom instytucje rynku pracy.

Warsztaty wpisały się w aktywności Światowego Tygodnia Przedsiębiorczości.

 

Dofinansowania na szkolenia dla pracowników MMŚP – informacje

W części „Prowadzę firmę” – „Kto może mi pomóc rozwiązać problem” zamieściliśmy informacje na temat możliwości uzyskania przez przedsiębiorcę dofinansowania nawet do 80% kosztów szkolenia pracownika. To wsparcie dostępne jest w ramach nowego projektu na lata 2017-2023 pt. „Podmiotowy system finansowania. Sląskie”, który realizują wspólnie Centrum Szkoleniowo-Doradcze Dr Kurnicki sp.k. oraz Powiatowy Urząd Pracy w Siemianowicach Śląskich.

Światowy Tydzień Przedsiębiorczości 13-19 listopada

Już jutro rozpoczyna się Światowy Tydzień Przedsiębiorczości. To wydarzenie, które od 2008 roku organizowane jest w Polsce i 150 innych krajach na całym świecie. Pomysłodawcami Światowego Tygodnia Przedsiębiorczości byli premier Wielkiej Brytanii Gordon Brown, prezes amerykańskiej Fundacji Kauffmana – Carl Schramm i brytyjska rządowo-biznesowa organizacja Make Your Mark. W Polsce koordynacją tego wydarzenia zajmuje się Fundacja Światowego Tygodnia Przedsiębiorczości.

Celem tej światowej kampanii jest promowanie wśród ogółu społeczeństwa świadomego rozwoju, aktywnej postawy wobec życia i podejmowania biznesowych inicjatyw. Żeby osiągnąć ten cel organizacje, instytucje i firmy, którym zależy na rozwijaniu przedsiębiorczości, organizują tysiąc bezpłatnych wydarzeń skierowanych przede wszystkim do młodych ludzi. Mogą oni skorzystać z bezpłatnych szkoleń, warsztatów, debat i konkursów, które pomagają w zdobyciu wiedzy z zakresu zakładania i rozwijania własnej działalności gospodarczej, budowania sieci kontaktów, rozwijania start-upów, powrotu na rynek pracy, negocjowania z pracodawcą, budowania własnej marki i z wielu innych dziedzin.

Ważną częścią Światowego Tygodnia Przedsiębiorczości jest promowanie innowacji w przedsiębiorczości, odwagi w proponowaniu nowych rozwiązań i przełamywaniu barier, umiejętności podejmowania ryzyka. Umożliwienie wymiany doświadczeń i szukania inspiracji mają uruchomić potencjał kolejnych pokoleń przedsiębiorców.

Jeśli chcesz wiedzieć, jakie konkretne wydarzenia w ramach tej akcji odbywają się w Polsce, w Twoim województwie, w Siemianowicach albo w którymś z sąsiadujących miast, zajrzyj na stronę Światowego Tygodnia Przedsiębiorczości w Polsce, gdzie znajduje się skarbnica wszystkich oficjalnie zgłoszonych wydarzeń powiązanych z Tygodniem. Możesz ją wygodnie przeszukiwać i znaleźć spotkanie, szkolenie, warsztaty albo inny rodzaj przedsięwzięcia, którym będziesz zainteresowany.

Smaki biznesu również czynnie wezmą udział w Tygodniu Przedsiębiorczości, m.in. prowadząc w Branżowej Szkoła I st.nr 2 w ZSOiZ warsztaty pt. „Czy warto być przedsiębiorczym?”.

Dwie sesje warsztatowe za nami

17 października poprowadziliśmy dwie sesje warsztatów pt. Czy warto być przedsiębiorczym? Odpowiedzi na to pytanie szukaliśmy razem z uczniami Zespołu Szkół Technicznych i Ogólnokształcących „Meritum”. Z naszą pomocą uczniowie trzecich klas nie tylko odkryli, jakie są zalety bycia przedsiębiorczym na rynku pracy, ale również dowiedzieli się, jak instytucje rynku pracy wspierają przedsiębiorczość młodych ludzi.

Rozpoczynamy testowanie modelu „Lokalnego Ośrodka Wspierania Przedsiębiorczości”

Rozpoczynamy testowanie modelu „Lokalnego Ośrodka Wspierania Przedsiębiorczości”, który swoją ofertę kieruje wyłącznie do osób młodych. Miejscem testowania są Siemianowice Śląskie, a utworzony w tym mieście ośrodek działa pod nazwą „Smaki biznesu”. Zapraszamy do zainteresowania się naszą ofertą zarówno osoby planujące założenie własnej firmy, jak i te, które już są przedsiębiorcami. Będziemy promować kompetencje przedsiębiorcze również wśród młodzieży, która w najbliższym czasie wejdzie na rynek pracy i będzie poszukiwać pracodawcy. Nasze działania kierujemy do osób urodzonych w latach 1990 – 1999.

Innowacja społeczna „Lokalne Ośrodki Wspierania Przedsiębiorczości” jest testowana w ramach projektu grantowego „Akcja Inkubacja” realizowanego przez ECORYS Polska Sp. z o.o. w partnerstwie z Uniwersytetem SWPS.